Wywiad: Roman Kostrzewski - Rozmowy z Katem

Od swojego powstania w 1979 roku, zespół KAT to pierwsza liga polskiego metalu. Znany jest także z kontrowersyjnej postawy, chociażby ze względu na oskarżenia o propagowanie satanizmu. Przez wiele lat, aż do rozpadu w 2004 roku, wyrobił sobie miano żywej legendy. Przez jakiś czas po tym fakcie istniały na scenie muzycznej dwa zespoły o nazwie Kat. Pierwszy, z założycielem grupy, gitarzystą i kompozytorem Piotrem Luczykiem i niemieckim wokalistą Henrym Beckiem. Drugi z wokalistą Romanem Kostrzewskim, który ze względów prawnych zmuszony został do używania nazwy Kat & Roman Kostrzewski. Od 2005 roku Kat z Piotrem Luczykiem nie koncertuje, natomiast Kat & Roman Kostrzewski regularnie odbywa trasy koncertowe. Z  Romanem Kostrzewskim, wieloletnim wokalistą i autorem tekstów zespołu KAT, obecnie frontmanem zespołu KAT & Roman Kostrzewski, rozmawiali Artur Gaweł i Sylwester Zimon.



Zacznijmy od przeszłości i początków istnienia zespołu KAT. Był to przełom lat 70. i 80. Tęskni Pan za tamtymi czasami?

Roman Kostrzewski: Tęsknota jest zawsze. Związana jest przede wszystkim ze śladami, które każdy z nas po sobie pozostawia. Dla jednych historia wydaje się być pasmem udręki. Ja natomiast miałem przyjemność żyć w tamtych czasach i przeżyłem ten okres bez większych strat. Tym bardziej, że w okresie PRL, ludzie sprawiali wrażenie bliższych sobie, niż dzisiaj. A to z uwagi na współczesne trendy stawania się wielkim, odnoszenia sukcesów. Powoduje to, że społeczeństwo niewiarygodnie się rozwarstwia i alienuje. Pamiętam, że w czasach PRL, młodzi ludzie wskakiwali na golasa do okolicznych jezior i wspólnie się bawili. Dziś, niestety, już się to nie zdarza, a szkoda.

KAT koncertował w latach 80. z takimi zespołami jak fińska supergrupa Hanoi Rocks czy znana wszystkim Metallica. Jak układała się wam współpraca?

R. K. To były zdarzenia jednostkowe. Dla nas – młodych muzyków – o tyle ważne, że w szybki sposób pozwalały poznać kulturę zachodnią od kuchni. Przede wszystkim stan psychiczny tych ludzi, ich kultura, sposób tworzenia, ogromnie nas fascynowały. To mobilizowało na przyszłość, bo wiedzieliśmy, że mieliśmy do czynienia z ludźmi wolnymi.

Swoistą enklawą wolności w tamtych czasach był Festiwal Muzyków Rockowych w Jarocinie, gdzie KAT zdobył dużą popularność. Nie sądzi Pan, że festiwal ten był tzw. wentylem bezpieczeństwa przygotowanym przez ówczesną władzę, po to, aby zapobiec buntowi młodzieży?

R. K: Niektórzy uparcie twierdzą, że tak było. Ja zdaje sobie sprawę, że jest to dość wygodne tłumaczenie. Dawne poglądy młodych ludzi nie były aż tak surowe i krytyczne jak mogłoby się wydawać. Poza tym tych festiwali w latach osiemdziesiątych było paradoksalnie o wiele więcej, niż jest dzisiaj. Ludzie nie zwracali uwagi na cel ich tworzenia. Po prostu chcieli się dobrze bawić i choć przez chwilę być sobą. Była to też szansa dla mieszkańców miejscowości zaściankowych, aby lepiej poznać rówieśników z całej Polski. No i muszę powiedzieć, że integracja przebiegała dość szybko.

Przejdźmy do muzyki. Wiele osób twierdzi, że wydawnictwo „Oddech Wymarłych Światów” z 1988 roku, to jedno z najbardziej wartościowych dzieci, jakie spłodził zespół KAT. Ma Pan swój prywatny ranking ulubionych płyt KATA?

R. K. Rzeczywiście dla muzyków, każdy utwór, każda płyta jest takim „dzieckiem”. Jednak rodzicom nie wypada wybierać. Wybór zawsze pozostawiamy publiczności. Artysta dokonuje tylko jednego wyboru – w akcie twórczym.

Nietypowym zabiegiem w historii KATA było wydanie w 1993 roku płyty „Ballady”. Nie czuje Pan pewnego zaniepokojenia faktem, że większość ludzi kojarzy zespół KAT właśnie z taką lekką, nastrojową płytą, a nie ostrym metalem?

R. K. Nie. Nasza sztuka jest wielowymiarowa. Słuchacz „Ballad” nie jest przymuszany do słuchania naszych innych dokonań zarezerwowanego dla ucha bardziej wyrobionego w odbiorze form ortodoksyjnego metalu. „Ballady” trafiają do szerszej publiczności i z tego powodu nie odczuwamy cierpienia, lecz satysfakcję. Dzięki temu muzyka Kata mogła trafić pod strzechy. Dzisiejszy metal jest muzyką elitarną. Zainteresowani są nią głównie młodzi ludzie poszukujący swojego miejsca na ziemi. W czasach, kiedy tworzyliśmy ballady tworzyliśmy też sztukę, która z różnych powodów nie mogła trafić do szerokiej publiczności. Nie cierpieliśmy z tego powodu, bo szanujemy jednostkowe wybory w sztuce. Traktujemy sztukę jako jedną z nielicznych dziedzin nie podlegającą przymusowi. Mimo tego, że dzisiejszą sztukę kieruje pieniądz i kapitał i takiej sytuacji już nie ma.

W 1995 roku wydał Pan też solowy album „Biblię satanistyczną”. Przez wielu przyjęty w dosyć chłodny sposób. Nie obawiał się Pan, że poruszanie podobnych tematów w takim kraju jak Polska, jest z góry skazane na porażkę?

R. K. To za dużo powiedziane. Otóż nie wszystkie moje dzieła muszą trafić do każdego człowieka. Ta twórczość przeznaczona jest dla ludzi poszukujących. „Biblią satanistyczną” nie tylko sprowokowałem do myślenia. To wydawnictwo jest związane przede wszystkim z pracą intelektualną, światopoglądową i kulturową. Przydałem mu pewną wartość muzyczną, głównie po to żeby łatwiej było przenieść treść do słuchacza. Ta płyta adresowana jest przede wszystkim do fanów metalu. Nie była to próba ujawnienia myśli satanistycznej dla tych, którzy tego nie chcą.

Czuje się Pan wciąż mocno związany ze starymi dokonaniami Kata z lat 80.?

R. K. Oczywiście. Podlegam tym samym procesom, co każdy. Wszystkie zmiany wpływają na osobowość muzyków, co wydobywa takie, a nie inne dźwięki i przemyślenia. Tamte czasy kształtowały mnie we wspaniały sposób, ale świat jest dalej światem. Wciąż trzeba umieć i chcieć z nim korespondować, a nie zamykać się we własnym wcześnie wytworzonym świecie.

Utożsamia się Pan ze swoimi starymi tekstami. Jak chociażby „666”, w którym śpiewa Pan: „szatan, z nim konać, nawet żyć”?

R. K. Oczywiście, że tak. Głównie dlatego, że odmiennie traktuję personifikację szatana niż sobie to wyobrażają ludzie duchowni. Ja jestem człowiekiem sztuki, a najwięcej wyobrażeń o diable stworzyli właśnie ludzie sztuki. Próbowali opowiedzieć w zestawieniu szatana i Boga, o dwóch typach charakterologicznych i postawach. Takim człowiekiem był na przykład Tadeusz Miciński, który w poemacie „Niedokonany” zestawił wyobrażenie o psyche szatana – reprezentanta ludzkości, takiej, jaka ona jest – i Chrystusa – reprezentanta ludzkości, takiej jaka istniała tylko w jego wyobraźni. Takie zestawienia były intrygujące. Nie czynię jakichś wielkich sprzeniewierzeń przeciwko wierze. A czy mam rację? To już zależy od wyboru słuchaczy.

Nie miał Pan obaw, że młodzi słuchacze będą odbierać takie teksty bardzo dosłownie, nie patrząc na szerszy kontekst filozoficzny?

R. K. Tak kiedyś było. Metal był muzyką modną, a część publiczności, która na tą modę się załapała, mogła za przewodnictwem szatana rozkopywać cmentarze. Była to jednak mała grupa w porównaniu z takim zjawiskiem jak rujnowanie cmentarzy żydowskich przez polskie społeczeństwo. Krytyka środowiska metalowego jest w wielu aspektach słuszna, ale kto ją czyni? Konserwatyści, którzy nie widzą problemów natury wolnościowej, jakie stwarzają ich myśli i czyny. Poruszając takie tematy piłem do konkretnych wartości. Do spraw wolności dokonywania wyborów religijnych i moralnych.

Czy te wartości, o których Pan mówił, zawierają się w haśle Bóg Honor Ojczyzna?

R. K. Można to tak rozumieć, ale nie chodzi mi o dokładne odwrócenie znaczeń. Satanizm, jako filozofia, ucieka od jednoznacznego pojmowania Boga. Jeżeli ktoś twierdzi inaczej to podkreślam, że nie stoję na ambonie satanistycznej, lecz na scenie. Dużo osób twierdzi, że my na koncertach nawołujemy do zabójstw, samobójstw, rozkopywania cmentarzy czy degradowania świata chrześcijan. Nie. Na tym nam nie zależy. Uprawiamy swoją sztukę i w sposób miły i sympatyczny pokazujemy nasz świat, który nie znajduje się na cmentarzach.

Mimo tego, wciąż jest Pan uznawany za antychrysta polskiego metalu.

R. K. Kuba Wojewódzki powiedział mi, że jestem jak Miller polskiego satanizmu i zapytał czy nie powinienem zrezygnować z zajmowanego stanowiska. Myślę, że tak. Pojawiają się ludzie w sztuce, malarstwie i muzyce, którzy mogliby zająć moje miejsce. Jest wiele głosów krytycznych wobec Kościoła i nie tylko ja taki pogląd reprezentuje.

W jednym z wywiadów mówił Pan o tym, że ze względu na podobne opinie KAT & Roman Kostrzewski koncertuje tylko i wyłącznie w większych miastach. W mniejszych natomiast, ze względu na charakter zespołu, występy są odwoływane. Zmieniło się coś w tej kwestii, czy dalej dręczy Was ten problem?

R. K. Jest różna skala oporu wobec sztuki metalowej. W mniejszych miastach, środowiska, które oponują wobec takiej działalności artystycznej, są zaściankowe. Trudno wyobrazić sobie inne podłoże dla takiego oporu wobec sztuki, niż zaściankowość i strach. Realny wpływ na takie koncerty nie mają ludzie kościoła, lecz decydenci. Jeśli oni poddają się temu wpływowi, to skazują resztę społeczeństwa, na brak możliwości poznania czegoś nowego i alternatywnego. To są już wybory poszczególnych władz lokalnych. Jedynie od nich zależy czy chcą udostępnić społeczeństwu różnorodność artystyczną, czy nie.

Kiedy możemy spodziewać się, debiutanckiej płyty zespołu KAT & Roman Kostrzewski? W wywiadzie dla Onet.pl z 2007 roku powiedział Pan, że już tworzycie nowe piosenki.

R. K. Myśleliśmy żeby zacząć nagrywać w marcu 2009 roku, ale trochę się już to opóźnia. Zdajemy sobie sprawę, że oczekiwania publiczności są równie duże jak nasze. Apetyt na dobrą płytę ma każdy, trzeba tylko ją nagrać. Z muzyką jest tak, że czas nie jest najlepszym doradcą.

Porozmawiajmy o Pańskich solowych projektach. Płyta „Woda”, wydana w 2007 roku, ukazuje zupełnie inne, łagodne oblicze Romana Kostrzewskiego. Zapowiadał Pan także wydanie kolejnych trzech płyt związanych z żywiołami. Oznacza to, że „Ogień” będzie znacznie mocniejszy w aranżacjach?

R. K.  To będą szalenie odmienne obrazy klimatyczne i fabularne. Oczywiście na każdej płycie będą inne treści. Będę też zmagał się z odmiennym sposobem ich realizacji. Moja wyobraźnia uchwyciła temat czterech płyt już podczas pracy nad pierwszymi dźwiękami do „Wody”. Te dźwięki od razu wskazywały na to, że będzie to świat czułych przeżyć, ludzkich tkliwości i sentymentalizmu. „Woda” jest wydawnictwem bardzo osobistym. Sam starannie wypracowywałem każde jego brzmienie. Jednak przyszłość widzę trochę odmienną. W końcu każdy żywioł jest inny. Niech już to zachęci potencjalnych słuchaczy do uruchomienia wyobraźni.

Minęło już kilka lat od wydania płyty KATA „Mind Cannibals” nagranej z Henrym Beckiem na wokalu. Co Pan sądzi o tej płycie?

R. K. Nie wypada mi oceniać płyty Piotra Luczyka po naszym rozstaniu. Sztuka powinna podlegać prawom nieskrępowanych wyborów, a jej ocenę należy pozostawić publiczności, a nie artystom. Gdybym teraz krytykował płytę Piotra ludzie uważaliby, że jestem złośliwy, a wszystkie pochwały byłyby przyjęte za cyniczne. Powiem jednak, że Piotr udowodnił przez lata, że potrafi grać na gitarze i nikt nie może mu zakazać prezentowania swoich dokonań. Jakiś czas temu graliśmy koncert charytatywny, na którym zagrali z nami Fazi i Jarek, którzy grali na „Mind Cannibals”. Potwierdzili tym, że konfliktu między nami nigdy nie było. Natomiast formuła grupy Kat z Piotrem Luczykiem już się skończyła.

W wywiadzie dla portalu Metal.pl stwierdził Pan, że „jeżeli sztuka będzie wymagała pokazania tyłka to go pokażę”. Czy oznacza to, że przymierza się Pan do stworzenia jakiegoś filmu erotycznego?

R. K. Nie. Oznacza to, że jeżeli pokażemy tyłki Radiu Maryja będzie to także forma sztuki. Będzie to wtedy przedłużeniem naszej sztuki scenicznej. Codziennie pokazuję tyłek prywatnie przed obliczem ściany w swojej toalecie. W tym przypadku nie jest to jednak sztuka (śmiech).

W wywiadzie dla portalu Interia.pl przyznał Pan, że motywacją do dalszego grania są dziewczyny przychodzące na koncerty. Wciąż Pan tak myśli?

R. K. Powiedziałem tak, dlatego że żyjemy w świecie zakłamanym, który nie pozwala na swobodne wyrażanie wrażliwości erotycznej. Na koncertach nie zwracam uwagi tylko na dziewczęta, ale również na nie.

A czy zdarza się, że w stronę sceny fruną kobiece biustonosze?

R. K. Nie. Może dlatego, że większość kobiet już ich nie nosi (śmiech).

(wywiad ukazał się w miesięczniku studenckim Pressja 04.2009)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz