Wywiad: Maleo - Żałuję, że paliłem marihuanę

Dariusz „Maleo” Malejonek to jeden z najaktywniejszych muzyków na polskiej scenie reggae. Swoją karierę zaczynał w latach 80. w reggaeowej Kulturze i hardcore punkowej Moskwie. Później udzielał się w takich grupach, jak Izrael, Armia, Houk czy grających chrześcijańską muzykę zespołach 2Tm2,3 i Arka Noego. Obecnie najwięcej czasu poświęca projektowi Maleo Reggae Rockers. Z Darkiem Malejonkiem rozmawiali Artur Gaweł i Sylwester Zimon.


Na pewno pamięta Pan czasy kultowego Jarocina. Istnieje jakaś różnica między publicznością, która pojawia się na koncertach dziś, a tą z lat 80.?

Dariusz „Maleo” Malejonek: Pod względem przyjęcia nie ma żadnej różnicy. Ci, którzy przychodzą na nasze koncerty dzisiaj, również bawią się świetnie. Oczywiście kiedyś były inne uwarunkowania. Ludzie nie mieli takiego wyboru muzycznego, jaki mają teraz. Muzyka była wtedy dla nich jedynym oknem na świat.

A jak jest z Juwenaliami? Jest to impreza, na której gra Pan z przyjemnością, czy jednak lepsza jest publiczność w klimatach reggae?

D.M: Oczywiście, że nie. Tu w Rzeszowie szczególnie było widać, że ludzie potencjalnie niesłuchający reggae, także reagują na naszą muzykę pozytywnie. Mnóstwo ludzi znało teksty piosenek, dlatego myślę, że studencka publiczność jest dla nas idealna.

Rozmawialiśmy ostatnio z Romanem Kostrzewskim z zespołu KAT. Powiedział nam, że satanizm jest adresowany do osób młodych i poszukujących siebie w świecie. Do osób ceniących sobie wolność moralną i religijną. Stwierdził także, że szatan jest najbardziej adekwatnym reprezentantem ludzkości, takiej, jaka ona faktycznie jest. Jakie ma Pan zdanie na ten temat, jako przedstawiciel rocka chrześcijańskiego?

D.M: Jest to kompletna bzdura. Nie chcę oceniać Romana, ale uważam, że jest kompletnie inaczej. Jeżeli by nie było Pana Boga, mamy tylko jedno życie, idziemy do grobu i nic więcej później nie ma to byłbym pierwszym, który wycisnąłby z życia wszystko, co się da. Mielibyśmy wtedy świat bez światła i miłości. Jak można żyć bez miłości? Przecież to coś strasznego. Sataniści twierdzą, że każdy jest bogiem, a jeżeli jest parę miliardów bogów to nie ma na świecie tyle miejsca, aby każdy mógł robić to, co chce bez krzywdzenia innych. Ludzie powinni się kierować przede wszystkim dobrem drugiego człowieka. Myślę, że każdy system sprzeczny z dekalogiem prowadzi do ludobójstwa. Chociażby komunizm czy hitleryzm oparty na pogańskim germańskim satanizmie prowadziły do ludobójstwa. Są to dobre przykłady, do czego prowadzi podobny styl myślenia.

A czy wiara rastafarian nie koliduje z chrześcijańskim światopoglądem?

D.M: W bardzo wielu kwestiach nie. Są jednak kwestie, w których różnimy się dość poważnie, jak na przykład palenie marihuany czy uznawanie Haile Selassie za boga. Moim zdaniem jest to zwykłe bałwochwalstwo. Mimo tego większość rastafarian od 1997 roku (wydanie książki „The Kebra Nagast: The Lost Bible of Rastafarian Wisdom and Faith from Ethiopia and Jamaica” – przyp S.Z.) uznaje, że Jezus Chrystus jest jedynym panem.

Co z kwestią palenia marihuany?

D.M: Paliłem marihuanę piętnaście lat aż odkryłem, że to nic mi nie daje, lecz ogranicza mnie i zniewala. Żałuję tego, co przeżyłem. Kiedyś bez marihuany nie mogłem ani tworzyć ani niczego przeżyć. Nawet oglądając film musiałem sobie zapalić.

Co spowodowało tak radykalną zmianę w Pańskim życiu? Obecnie jest Pan gorliwym chrześcijaninem, wcześniej bywało z tym różnie.

D.M: Zawsze byłem człowiekiem radykalnym, a Chrześcijaństwo jest najbardziej radykalną i skandaliczną droga życia, jaka istnieje. Wielu ludzi nie potrafi zrozumieć słów Jezusa, zachęcających do miłowania bliźniego, a nawet wroga. Ten świat polega na tym, że jeśli ktoś wyrządzi Ci krzywdę, to musisz się na nim zemścić i odebrać swoją sprawiedliwość. Ja natomiast nie czuję się Chrześcijaninem, bo chyba nie potrafiłbym oddać życia za osobę, która uczyniła mi coś złego.

Przejdźmy do muzyki. Jakie ma Pan podejście do panującej ostatnio mody na reggae, widocznej zwłaszcza w hip-hopie? To przecież jakiś paradoks, że dresiarze słuchają reggae podanego w taki sposób.

D.M: Dla mnie to pozytywna rzecz. Myślę, że w wielu piosenkach reggae jest sporo dydaktyzmu. Reggae przekazuje ludziom dobre wartości. Pokazuje, że liczy się nie tylko hedonizm i taki styl życia, jaki reprezentuje na przykład Doda. Chociaż w reggae jest teraz dużo grup, które śpiewają o pierdołach, bzdurach i panienkach. Myślę, że jest to i tak pierwszy krok do tego, aby wejść w jakieś głębsze treści.

Jest także wiele zespołów reggae, które śpiewają tylko o Jah i Babilonie, nic nowego do tego nie wnosząc.

D.M: Tak. Myślę, że wszystko zależy od talentu i od inwencji. Jeżeli ktoś robi tylko kalki jakichś utartych haseł to jest to strasznie smutne. Może to kwestia wieku? Może jak w bluesie trzeba trochę przeżyć i dostać w dupę, żeby mieć, o czym śpiewać. Myślę, że wszystko jest jeszcze przed nimi i jeżeli będą wytrwali to znajdą swoje teksty.

Wiemy, że szykowana jest nowa płyta Maleo Reggae Rockers. Mógłby Pan uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić nieco więcej szczegółów na jej temat?

D.M: Ta płyta będzie trochę inna niż wszystkie. Nazywa się „Addis Abeba” i jest inspirowana moim wyjazdem do Afryki. Muzycznie jest to oczywiście reggae, a teksty nie dotyczą stricte Afryki, ale są uniwersalne. Myślę, że przez to płyta będzie bardzo ciekawa.

Oprócz Maleo Reggae Rockers udziela się Pan także w Izraelu, 2Tm2,3 i Arce Noego. Jak to jest grać w tylu zespołach naraz? Udaje się Panu tak wszystko zorganizować, aby niczego ważnego w życiu nie zaniedbywać?

D.M: To nie jest Ameryka, że gra się trasę przez dwa lata bez przerwy. W Polsce jest to do wykonania, ale są takie wypadki, że muszę rezygnować z Tymoteusza czy Izraela, bo gram właśnie koncert z Maleo Reggae Rockers. Co do Arki Noego to nie mam już czasu, aby w niej grać.

Spełniło się Pańskie marzenie – koncerty na Jamajce. Ma Pan jakieś szczególne wspomnienia z tamtego okresu?

D.M: Okazało się, że nie Jamajka tylko Afryka jest moim wymarzonym miejscem na Ziemi. Odwiedziłem wiele krajów na świecie. Byłem na Jamajce, w Indiach czy Stanach Zjednoczonych. Jednak Afryka ma w sobie to „coś”. Chodzi przede wszystkim o intensywność przeżywania każdej chwili życia. Mentalność ludzi jest zupełnie inna. Społeczność Afryki nie przypomina trybików w wielkiej machinie, jak jest to w Polsce czy Stanach Zjednoczonych. Tutaj nie ma czasu na przyjaźnie, a najważniejsze są pieniądze. W Afryce jest zupełnie odwrotnie. Tam sensem życia jest wspólne egzystowanie. Przypomina to trochę sytuację z Polski lat 80., gdzie mimo braku pieniędzy ludzie znajdowali czas dla siebie.

Ostatnie pytanie – jeżeli muzyka jest pracą, to czy powinien Pan, jako gorliwy chrześcijanin, grać koncerty w niedzielę?

D.M: Wiesz, to nie jest taka zwykła praca. A jeżeli jest, to moja praca sprawia mi ogromną przyjemność. Poza tym muzyka daje też radość innym ludziom. Tak jak lekarze i piekarze pracują w niedzielę tak i bycie muzykiem jest pracą użyteczności publicznej. Dajemy ludziom coś, z czego mogą się cieszyć, a niedziela jest takim dniem, w którym powinni to robić.


(wywiad ukazał się w miesięczniku studenckim Pressja 05.2009)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz