Wywiad: Grabaż - Nie umie śpiewać, ale ma inne zalety

Krzysztof “Grabaż” Grabowski – wokalista Strachów Na Lachy i nieistniejącej już Pidżamy Porno – to postać nietuzinkowa. Mimo blisko 50 lat na karku, epatowania pesymizmem i pełnego nonszalacji podejścia do śpiewu, od lat pozostaje jedną z ikon polskiej sceny alternatywnej. O najnowszej płycie Strachów Na Lachy, “Dodekafonii”, Pidżamie Porno i  dzieciach, z Grabażem rozmawiali Berenika Haduch i Sylwester Zimon.

Co to w ogóle jest dodekafonia?

Grabaż: Dodekafonia to termin muzyczny oznaczający totalny bałagan w dźwiękach. Jeżeli nie masz wykształcenia muzycznego, to utwór dodekafoniczny wydaje ci się jednym wielkim jazgotem, zgiełkiem i totalnym burdelem. Tytuł dodekafonia pasował do tego, co się działo w mojej głowie.

Przy jakich projektach lepiej Ci się pracuje, przy autorskich, czy przy coverach?

G: Najciężej pracowało mi się właśnie przy "Dodekafonii". Wcześniejsze płyty ze Strachami wchodziły jak po maśle. Przy pierwszych dwóch, wpadliśmy w szał nowości i poznawaliśmy siebie. Przy coverach to przede wszystkim nasz basista, Lo, ustalał jak ma to wszystko wyglądać.

Więc dlaczego przy najnowszej płycie pracowało Ci się najtrudniej?

G: Być może nagrywaliśmy ją zbyt szybko. Byliśmy po dwóch mocno wyczerpujących projektach, czyli po "Autorze" i "Zakazanych Piosenkach", które  robiliśmy rok po roku, a tu trzeba było zająć się "Dodekafonią". Piosenki na płytę napisałem w dwa tygodnie, w listopadzie 2008 roku i były one w mojej opinii totalnie aktualne. Także chyba lepiej było się przemęczyć, trochę pokłócić i nagrać ją teraz.

Podobno konflikty w studiu wynikały z różnych gustów muzycznych członków zespołu. Czego w takim razie słuchasz?

G: Słucham praktycznie wszystkiego. Na stronie mojej audycji w radiu Roxy można zobaczyć czego słucham konkretnie. Nie lubię tylko jazzu, disco-polo i heavy metalu. Dla przykładu nasz perkusista lubi Stinga i Sade, a ja tego nie lubię.

Czy brałeś lekcje śpiewu przed "Dodekafonią"? Fani twierdzą, że poprawiłeś się wokalnie.

G: Nie. Nie brałem. Wstydziłbym się zaśpiewać przed profesjonalistą, ponieważ jakby on opowiedział na mieście, jakim ja jestem wokalistą, to bym z chaty przez rok nie wychodził. Kumple z zespołu doskonale zdają sobie z tego sprawę i każdy to przyjął jako "nie umie śpiewać, ale ma inne zalety" (śmiech). W studio bywa to irytujące, ale ja inny nie będę. Nie powiem, że prędzej bzyknąłbym faceta, niż poszedł na lekcje śpiewu, ale jest to mniej więcej porównywalne. Śpiewam jak śpiewam, nie zawsze jest to zgodne z jakimiś normami technicznymi.

Skąd pomysł, aby zaprosić na płytę Natalię Fiedorczuk?

G: Zakochałem się w niej jako w artystce. To jest dziewczyna, która mieszkała długi czas w Poznaniu i kręciła się wokół środowiska związanego ze studiem Czad, w którym spotykało się wielu artystów: Happy Pills, Sweet Noise czy Pidżama Porno. Byłem świadkiem jej dorastania muzycznego, od  niedoświadczonej dziewczyny do świadomej artyski, czego dowodem jest jej płyta "Go Dare" wydana jako Natalie And The Loners, która mnie całkowicie rozłożyła na łopatki. Wielki szacunek. Do "Dziewczyny o chłopięcych sutkach" szukałem głosu, który nie jest skażony, nie śpiewa żadnego r'n'b, nie wyciąga jakichś nieprawdopodobnych gór, tylko śpiewa po ludzku. No i jej się to udało. Efekt, który sobie wymyśliłem został osiągnięty i fajnie, że ktoś taki jak Natalia  zgodził się z nami zaśpiewać.

Czy warto było zostać magistrem historii, skoro i tak zajmujesz się muzyką?

G: Nieważne, jakie studia się kończy. Studia są potrzebne jako pewien etap w osiąganiu dorosłości, dojrzałości oraz jako pewien etap w nauce rozumienia świata. Moje studia spełniły swoją rolę. Może nie do końca, bo zmarnowałem zbyt wiele czasu, będąc studentem, natomiast nie żałuję ani jednego dnia, który spędziłem na uczelni. To jest kolejny szczebel w dopuszczaniu do siebie nowych rzeczy, poznawaniu nowych ludzi i zjawisk. Ciężko to zrobić, nie będąc na studiach. Zresztą ja poszedłem na studia, żeby grać w kapeli rock’n’rollowej. W tych czasach jak kończyłeś ogólniak i nie studiowałeś, to szedłeś do wojska, więc musiałem iść na studia.

Co sądzisz o stwierdzeniu, że Strachy Na Lachy są zespołem emo?

G: O, fajnie. Będziemy musieli się zacząć malować. Ciąć, już się ciąłem. Podejrzewam, że emo to muzyka dla nastolatek, końcówka podstawówki, gimnazjum, trudny okres dojrzewania. Natomiast moja nowa płyta jest tekstowo skierowana do moich rówieśnikow. Odnoszę wrażenie, że jedynymi osobami, które kumają to bez konieczności tłumaczenia czegokolwiek są właśnie oni. Mam 45 lat i zazwyczaj publiczność w moim wieku nie przychodzi na koncerty, tylko kupuje płyty. Przy żadnej płycie nie poczułem takiego odzewu generacyjnego. Natomiast czy ktoś sobie weźmie to za emo czy nie... No cóż, te nastolatki, które są emo, będą za pół roku w innym świecie. Wiem, bo mam syna w tym wieku. On się śmieje z emo, bo jest indie, ale wcześniej słuchał rapu. Później był wielkim fanem Happysadu, Indios Bravos i w końcu Lao Che. Aktualnie przegląda MySpace'a i szuka takich kapel, których nie zna.

A jak mu się podoba “Dodekafonia”?

G: “Radio Dalmacija” mu się podoba. O dziwo. Zresztą musi się przeciw komuś buntować i nawet jak mu się coś podoba, to mi tego nie powie, a ja tego od niego nie wymagam. Wystarczy mi, że chodzi w koszulce Strachy Na Lachy.

Pytamy bo krążą opinie, że Twojej muzyki słucha głównie młodzież?

G: Nie zgadzam się z tym. Dzieciaki przychodzą na koncerty i dzięki temu je sprzedajemy. Nie wydaje mi się, żeby młodzież wykupiła 20.000 sztuk “Dodekafonii”. Na pewno część dzieciaków nas słucha, ale w tym wieku jest to zrozumiałe, że się słucha muzyki i jest to jedna z najważniejszych rzeczy w życiu. Kiedy się dorasta to zaczyna się szukać czegoś bardziej wyrafinowanego i nieco bardziej ambitnego formalnie niż Strachy Na Lachy.

W 2005 roku w wywiadzie dla PRESSJI mówiłeś, że 10.000 sprzedanych płyt to dla Ciebie nie jest żaden sukces. Teraz na swoim koncie masz cztery złote płyty. Czy osiągnąłeś już stan, w którym możesz mówić o sukcesie?

G: Jeżeli chodzi o liczbę sprzedanych egzemplarzy to szału nie ma. Nie mogę narzekać bo wiele zespołów, gdy sprzeda tyle płyt co my, to pije przez tydzień ze szczęścia. Jak na obecne warunki mamy dobre wyniki. Bardzo dziękujemy ludziom, którzy kupili naszą płytę. Natomiast zakładając, że żyjemy w normalnym kraju, to nie ma tego aż tak wiele. Był taki tydzień, że byliśmy na pierwszym miejscu w liście najlepiej sprzedających się płyt w kraju. Gdyby to było w innym kraju to bylibyśmy ustawieni do końca życia. W polsce tak nie jest, ale nie narzekam.

Na "Dodekafonii" śpiewasz, że wiele rzeczy Ci w Polsce nie pasuje. Może chciałbyś się wynieść do jakiegoś innego kraju?

G: Na pewno nie na stałe, bo jestem polski do bólu. Za granicą byłbym trudny do zrozumienia, zresztą tutaj większość ma z tym problem. Poza tym ja i Polska to trudna miłość, ale miłość.

Zmieńmy trochę temat. Co się dzieje z Dziadkiem i Julem, z którymi grałeś w Pidżamie Porno? Jako jedyni nie przeszli do Strachów. Nie naciskają na Ciebie, żeby zreaktywować zespół?

G: Dziadek gra teraz w Happy Pills, a Julo chodzi do normalnej pracy – rysuje mapy i udziela lekcji gry na basie.

A spaliłeś swój kapelusz, aby już na zawsze zamknąć rozdział pod tytułem Pidżama Porno?

G: Nie. Oddałem go Końjowi i Skibie do Muzem Polskiego Rocka w Gdańsku. Kapelusz zawsze można sobie zorganizować gdybym go kiedyś potrzebował. Zawsze mogę go też odebrać, o ile go nie przepili i nie zgubili. Tęsknie za kawałkami Pidżamy Porno, w końcu sam je napisałem. Może kiedyś nadejdzie taki moment, że je znów zagram.

Na jednym z forów internetowych znaleźliśmy ciekawy post. Jedna z Twoich fanek pisze “Grabaż... jak ja się kiedyś w Tobie kochałam”. Miałeś kiedyś problemy z zakochanymi w Tobie nastolatkami?

G: Oczywiście, że miałem. Ale wchodzimy w tajniki mojego życia, których nie chciałbym zdradzać.

Ale po czymś takim możesz czuć się jak gwiazda rocka. Jesteś gwiazdą?

G: Z jednej strony tak. Z drugiej strony mnie to wali. Zapraszają mnie do różnych programów telewizyjnych. Na przykład ostatnio zaprosił mnie Michał Figurski do “Jazdy figurowej”. Pierwszy i ostatni raz się na coś takiego zgodziłem. Pocięli mnie w montażu jak wołowe mięso. Ale Supernianię, która występowała razem ze mną, pocięli znacznie mniej. Wojewódzki też mnie zapraszał, ale nie spełniam się jako postać dostarczająca prostej rozrywki więc odmówiłem.

Wróćmy do muzyki. Próbowałeś kiedyś zrobić karierę zagraniczną ze swoimi zespołami czy nie macie na to parcia?

G: My jesteśmy nieprzetłumaczalni na inne języki. Jeszcze nie znalazł się taki śmiałek, który by nas przetłumaczył, chociaż kilku próbowało. Nie jesteśmy też jakimiś muzycznymi wyjadaczami, którzy powalają na kolana techniką. My gramy na emocjach i w tym sensie jesteśmy emo (śmiech).

A nie próbowałeś kiedyś napisać jakichś bardziej radosnych, pozytywnych tekstów?

G: Parę takich tekstów mi się zdarzyło, np. “Dzień dobry kocham cię”. Ale nie odczuwam takiej potrzeby żeby tak pisać bo musiałbym kłamać. Nie będę sobie wrzucał w komputer słów “optymizm”, “wiara”, “ufność”, “nadzieja” i generował z tego tekstów. Tak samo nie robię w drugą stronę, wpisując “dół”, “degrengolada” i “depresja”.

W wywiadzie dla “Teraz Rocka” stwierdziłeś, że możliwe, że już nic więcej nie napiszesz. Czy fani Twojej twórczości powinni się obawiać?

G: Możliwe. To nie ode mnie zależy, ale od Pana Boga, czy mi zrzuci jakieś śmieci czy nie. Nie znam dnia ani godziny, ale teraz nic nie planuję.

(Wywiad ukazał się w miesięczniku studenckim Pressja 03.2010)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz