Wywiad: Dick4Dick - Penis jako synonim życia

Kiedyś określali siebie jako grupę samców przybyłych z kosmosu. Ich głównym znakiem rozpoznawcym był kult męskiego członka. Dziś przyznają się do tego, że pochodzą z Gdańska, a ich kosmiczny image poszedł dawno w niepamięć. Zespół Dick4Dick powstał w 2004 roku, prezentując zakręconą twórczość z pod znaku electro i popu. Z Bobby Dickiem (Michałem Skrokiem), N.G.A. Dickiem (Krystianem Wołowskim) i Jacquesem Le Dickiem (Jackiem Frąsiem) rozmawiali Artur Gaweł i Sylwester Zimon

Od lewej: Jaques Le Dick, Artur Gaweł, Bobby Dick, NGA Dick, Sylwester Zimon
Fot: Patryk Ogorzałek

Odwiedzając Waszego myspace'a natknęliśmy się na tekst, w którym przewrotnie odżegnujecie się od tego, co tworzyliście w przeszłości. Mamy więc rozumieć, że kładziecie grubą kreskę na klimatach electroclashowych?

N.G.A. Dick: Celowo umieściliśmy taką informację, ponieważ jesteśmy już trochę zmęczeni powtarzaniem pewnych utartych stereotypów na nasz temat. Zdążylismy dokonać już kilku zmian po drodze, ale niestety dziennikarze nie parający muzyką, przepisują wszystko, co znajdą na nasz temat w google. Mieliśmy tego po dziurki w nosie.

Bobby Dick: Odcinamy się od przeszłości, ponieważ cały czas się zmieniamy. I kto wie czy na kolejnej płycie nie będzie jakiejś rewolty. Poza tym, poznaliśmy ciekawą zależność jak można manipulować notatką prasową. Generalnie, wszystko, co napiszesz jest później ciągle powtarzane. No i teraz na przykład w wywiadach musimy mówić, że nagraliśmy naszą najnowszą płytę w drewnianej chatce na wsi (śmiech).

Jacques Le Dick: Co jest oczywiście totalną bzdurą, bo jak można nagrać płytę w takich warunkach? Ludzie to łykają.

B.D.: Ale prawda jest taka, że naprawdę nagraliśmy płytę w drewnianej chatce (śmiech).

N.D.: Na myspace postanowailiśmy podać szczere informacje. Musieliśmy sięgnąć do nas samych, a nie do wizerunku na nasz temat wymyślonego.

B.D.: Myślę, że niezależnie od tego co prezentujemy i wymyślimy, to i tak będzie to traktowane niepoważnie i przewrotnie. Wiele osób myśli, że każde nasze wydawnicto jest żartem, co pozwala nam wszystkich wodzić za nos.

Fot: Patryk Ogorzałek
 
A więc nie zamierzacie wracać do konwencji z pierwszej płyty?

N.D.: Nie sądzę. Na pewno będziemy się starali z każdą płytą zmieniać nasz wizerunek. Nowe wydawnictwo, "Summer Remains", powstało w sposób mocno niekontrolowany. Nie mieliśmy zamiaru nagrać płyty, która byłaby aż tak spokojna, wyciszona, może czasem introwertyczna. Wpłynęły na to warunki zewnętrzne. Pojechaliśmy na wieś, mieliśmy plan nagrania płyty miejskiej, dynamicznej, a stało się zupełnie inaczej.

Jak zaczynaliście płytą “Silver Ballads” wasza twórczość była prowokująca i niepokorna. Chcieliście zaszokować katolickie, polskie społeczeństwo? A może był to celowy zabieg, aby zaciekawić publikę nietypowym image?

B.D.: Nie zajmujemy się burzeniem czegokolwiek. My po prostu pokazujemy jeden ze sposobów na egzystencję. Penis jest dla nas synonimem życia. Jeśli żyjesz jak gość i chodzisz z podniesioną głową, to tego dicka masz wyprostowanego. A jeżeli robisz to, co Ci ktoś każe i jesteś z tym pogodzony, ale równocześnie nieszczęśliwy, to dick niestety jest sflaczały i opada.

N.D.: Wracając do pierwszej płyty. Głównym naszym założeniem było stworzenie jak największego show. Co nam przyświecało? Nieskrępowana zabawa oczywiście. Wiadomo też, że seks jest czymś radosnym. Jak można postrzegać seks jako coś wulgarnego?

J.D.: Jeśli mielibyśmy nawiązać do porno, to byłyby to filmy z lat siedemdziesiątych, gdzie wszystko było traktowane z zabawą i uśmiechem, a nie jak obecnie.

W jednym z wywiadów mówiliście, że przed nagraniem “Summer remains” mieliście pomysł na dwa albumy. Jaki więc będzie ten kolejny?

J.D.: Prawda jest taka, że przy tej płycie nie mieliśmy żadnych gotowych piosenek. Przyjechaliśmy z nagranymi krótkimi pomysłami i to się okazało bardzo dobrą metodą pracy, która stale nas zaskakiwała. Tworzyło się coś niekontrolowanego i ten brak pomysłu jest naszym pomysłem na następną płytę.

N.D.: Nie do końca się z tym zgadzam. Oczywiście ta metoda była ciekawa i się sprawdziła, ale teraz zrobimy coś innego. Ostatnio otworzyliśmy studio Dickie Dreams, w centrum Gdańska, w budynku, który dostaliśmy z urzędu miasta i możemy tam swobodnie nagrywać nasze pomysły. Tam nagramy następną płytę, która będzie bardziej miejska, elektroniczna i nowocześniejsza.

W jednej z recenzji waszej nowej płyty znaleźliśmy stwierdzenie, że utwór “Hollywood” inspirowany jest dokonaniami Lady Pank. Co o tym myślicie?

N.D.: W tej chwili nie można mówić o jakiejkolwiek inspiracji, bo musiałaby to być cała muzyka rozrywkowa. Dziennikarze często porównują nas do zespołów, o których istnieniu nawet nie mieliśmy pojęcia. Co do Lady Pank, to dawniej traktowaliśmy ich z przymrużeniem oka, ale teraz postrzegamy ich band jako muzykę wysokiej jakości. Ostatnio zaczęliśmy bardzo mocno odczuwać przynależność do polskiej sceny i w ogóle do Polski. Wydaje nam się, że problemem Polski są kompleksy. Nie czujemy dumy narodowej i przynależności do własnej kultury. P: I stąd na waszej trzeciej płycie pojawiły się polskie teksty?

B.D.: Na pewno jest to wpływ tego co mówił N.G.A. Dick. Oprócz tego mamy też swój poboczny zespół Gwiazdy, w którym zaczęliśmy śpiewać po polsku. Nasz angielski nie jest tak dobry, żeby wzbijać się na abstrakcyjne niuanse, trzeba to naprawdę czuć, żeby w kliku słowach zawrzeć parę zdań. Zaczęliśmy więc pisać po polsku, co okazało się trudne, bo czujesz wtedy większą odpowiedzialność, za to co napiszesz. Długo pracowaliśmy nad tymi tekstami i była to dla nas niezła przygoda. Po angielsku pisało się łatwiej. Może następna płyta będzie cała po polsku?
Fot: Patryk Ogorzałek

Chcieliśmy zapytać o utwór “Pieśń o bohaterze”. Czy jest to aluzja do odejścia Andrzeja Leppera z polityki?

J.D.: Nie. Kompletnie odcinamy się od polityki. Nie zależy nam na tym. Ten numer nawiązuje do historii Dick4Dick. Z moim dojściem do zespołu zakończył się jakiś etap i część supermocy odeszła (śmiech).

N.D.: Jest to piosenka o nas, o przemijaniu, o tym, że dopada nas czas ale zaczynamy to akceptować. Chodzi o to, żeby nie trwać usilnie w jednym wizerunku, czy pracy, która zaczęła Ci uwierać. Gdybym ciąglę miał zgrywać maczo i eksplorować sferę penisa i libido, to czułbym się jak bohater filmu “Wrestler”, który po czasach świetności stał się swoją własną karykaturą.

Powrócmy do tematu wsi. Niedawno nową płytę, nagraną również poza miastem, wydał zespół Hey. Wy tworzyliście na wschodzie Polski, w małym Hadynowie. Co ma takiego szczególnego polska wieś, że zbawiennie wpływa na polskich artystów?

J.D.: Na wsi można się wyciszyć. My byliśmy na prawdę bardzo daleko od miasta, a najbliższą miejscowością były Łosice, gdzie znajdował się sklep spożywczy i kościół. Człowiek zmuszony był skupić się wyłącznie na pracy. A jednocześnie otoczenie liści, mrówek, ptaszków i żabek, sprowokowało jakieś nieoczekiwane pomysły, które w mieście na pewno nie przyszłyby do głowy. Cóż mogę powiedzieć? Na wsi jest super.

W wywiadzie dla Onetu z 2008 roku mówiliście, że planujecie zrobić rock operę. Moglibyście zdradzić coś więcej na ten temat?

N.D.: Temat niestety umarł. W związku z kryzysem obcięli nam budżet w Teatrze Kapitol i teraz nie wiadomo czy uda się to zrobić. Mieliśmy już cały scenariusz i byliśmy w to mocno zaangażowani. W rock operze miała być przedstawiona historia Dick4Dick, która działaby się gdzieś w nieokreślonej przyszłości, kiedy jesteśmy już totalnie upadłym zespołem po czasach świetności. Światem rządziłby dyktator kreujący bezguście. Jest to historia o tym, jak z powrotem łączymy się, aby dokonać czegoś, co tak na końcu nam się i tak nie udaje. Wszystko w scenariuszu było bardzo przewrotne i dziwaczne.

B.D.: Miały być tam też rzeczy, które w naszym mniemaniu będą kiedyś istnieć, jak na przykład tatuaże na wątrobie czy tego typu rzeczy, które za 200-300 lat będą dostępne. Dyktatora miał zagrać Leon Dziemaszkiewicz – bardzo barwna postać. Całość miała być bardzo napompowana i dlatego wymagało to wielkiego budżetu. Nie chcieliśmy robić czegoś byle jak, tylko zrobić wielki hollywoodzki show.

N.D.: Teraz, jak sobie to wszystko przypominam, to zaczynam żałować, że nie doszło do skutku.

Ostatnio otworzyliście blog muzyczny, na który dodajecie utwory stworzone gdzieś w zamierzchłej przeszłości, kiedy zespół Dick4Dick był jeszcze w powijakach. Czy w najbliższym czasie możemy spodziewać się aktualizacji na dickiedreams.blogspot.com?

B.D.: Oczywiście, że tak. Jeśli tylko nam się coś przypomni, to wrzucimy dany utwór na blog. Jest to taki "frozen time" – swoista tablica, gdzie przyklejamy znalezione kamyczki i patyczki z różnych miejsc. Te remixy powstawały w spontaniczny sposób. Ze Ś.P. Dickiem Dexterem (Adam Hryniewiecki – perkusista, zrezygnował z gry w zespole – przyp. red.) przechodziliśmy dziwny etap w swoim życiu. Nazywaliśmy go "Żołądkowy Gorzki". Wyglądało to tak: codziennie przychodziłem do niego z wódką i dziewczętami, tam wysłuchiwaliśmy ciągle tych samych kawałków, od czasu do czasu tworząc coś swojego. Miałem wtedy okres samotności i zerwania z łańcucha. Po prostu korzystałem z życia (śmiech).

J.D.: Chciałem Was na koniec zapytać czy wytniecie za każdym razem nazwę Dick4Dick z wywiadu kiedy się pojawi?

Nie. Skąd ten pomysł?

J.D.: Telewizja TVN promując trasę “Trójka Tour”, na której graliśmy z Gabą Kulką i Czesławem Mozilem, wycięła naszą nazwę ze spotu reklamowego. Ojcowie założyciele TVN doszli do wniosku, że Dick4Dick to nazwa, która obraża. Wycięto więc nazwę i przedstawiono nas jako gościa specjalnego.

W takim razie właśnie przeprowadziliśmy wywiad z zespołem Gość Specjalny.

(wywiad ukazał się w miesieczniku studenckim Pressja 12.2009)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz