Wywiad: Krzysztof Potaczała - Pomnik dla KSU

Kiedy w latach siedemdziesiątych w Polsce pojawił się punk rock nikt nie spodziewał się, że jednym z najważniejszych ośrodków rozwoju tej muzyki będą leżące w Bieszczadach Ustrzyki Dolne. Właśnie tam w 1978 roku powstał działający do dzisiaj zespół KSU. Historię ustrzyckiej legendy opisał Krzysztof Potaczała w wydanej ostatnio książce „KSU rejestracja buntu”.

Sylwester: Ostatnio mieliśmy istny wysyp książek o polskich zespołach rockowych. Pojawiły się książki o Kulcie, Big Cycu, Myslovitz… Czy były one inspiracją do napisania „Rejestracji buntu”?

Krzysztof Potaczała: Nie sugerowałem się żadnymi wydawnictwami. Od dawna nosiłem się z zamiarem napisania książki o KSU. Urodziłem się w Ustrzykach, wychowywałem się w otoczeniu KSU, a po latach uznałem, że warto spisać ich historię. Dla współczesnych i dla potomnych.

Siczka, lider KSU, na konferencji prasowej z okazji premiery książki mówił, że wielu rzeczy z początkowego okresu działalności już nie pamięta. W związku z tym, czy w „Rejestracji buntu” czytelnik znajdzie fakty czy domysły na temat pewnych wydarzeń?
K.P.: Wyłącznie fakty. Proszę pamiętać, że KSU to nie tylko Siczka, ale paru innych ludzi. Po ponad trzydziestu latach wszyscy mieli jakieś luki w pamięci, ale udało się je na powrót wypełnić treścią dzięki weryfikacji wspomnień u wszystkich pierwszoplanowych postaci punkowej rewolty przełomu lat 70. i 80. Podkreślę jednak, że jeśli chodzi o konkretne daty koncertów, to dużo pomógł mi Andrzej Dumkiewicz, bardziej znany jako „Delfin”. On ma fenomenalny łeb do takich szczegółów. Niespodzianką było też odnalezienie przez Bohuna dziennika, który prowadził, kiedy grał w KSU. Przeleżał na strychu grubo ponad ćwierć wieku…

Dlaczego książka skupia się na początkowym, najbardziej legendarnym okresie w historii KSU, a nie opisuje dokładniej tych dalszych przeszło dwudziestu lat funkcjonowania zespołu?

K.P.: Taki zamiar przyświecał mi od początku. To miała być opowieść o punk rocku w Bieszczadach, o czym zresztą informuje podtytuł książki. Nie chciałem pisać typowej biografii kapeli, lecz skupić się na fenomenie ruchu punkowego w Ustrzykach, który – przypomnę – pod koniec lat 70. i na początku 80. był jednym z trzech najważniejszych w Polsce, obok Warszawy i Gdańska. Dawne i dzisiejsze KSU to dwa inne światy. Wtedy oprócz muzyki był autentyczny bunt, otwarta kontestacja, szaleństwo, walka z komuną, pragnienie wywrócenia świata do góry nogami. Obecnie o czymś takim nie możemy już mówić. Zmienił się system, żyjemy w demokratycznym kraju, młodzież nie jest przez władze do niczego przymuszana… Ale w epilogu poświęcam nieco uwagi także temu, co KSU robi obecnie.

Co było najtrudniejsze w pracach nad książką? Dotarcie do muzyków?

K.P.: Dotarcie do muzyków było łatwe. Znałem ich od dziecka, wychowywaliśmy się na tych samych podwórkach, biegaliśmy za piłką po tym samym boisku. Najtrudniejsza była chyba weryfikacja faktów, aby nie popełnić błędów. Ale dzisiaj mogę z ręką na sercu powiedzieć, że wszystkie zdarzenia i daty są prawdziwe. Tym samym wyprostowałem wspólnie z bohaterami książki wiele bzdur, które pojawiały się na łamach gazet czy w Internecie.

Jak długo trwały prace nad książką?

K.P.: Około dwóch lat. Zbierałem relacje, zdjęcia, dokumenty, spotykałem się z bohaterami tamtych wydarzeń, jeździłem do Instytutu Pamięci Narodowej w Rzeszowie, by odnaleźć milicyjne i esbeckie materiały na temat KSU i w ogóle punków w Ustrzykach. Gdy wszystko przetrawiłem i przemyślałem – zabrałem się do pisania. Kilka miesięcy później miałem już całość, choć oczywiście jeszcze wiele tygodni pracowałem nad poprawkami, uzupełnieniami, skrótami, itd.

Czym jest KSU dla Ustrzyk?

K.P.: Legendą i symbolem. Dzięki KSU Ustrzyki stały się znane w całej Polsce. Chociaż na początku punkowcy byli w Ustrzykach bardzo źle postrzegani nie tylko przez milicję, ale przez większą część dorosłego społeczeństwa. Dzisiaj KSU to zespół pomnikowy. Kto wie, może kiedyś Ustrzykach będzie nawet ulica imieniem Siczki (śmiech).

Jest coś, co by Pan zmienił w książce?

K.P.: Oczywiście. Niektóre mniej istotne fragmenty mogłem pominąć, inne rozwinąć, dodać jeszcze parę fotografii. Ale mam nadzieję, że to poprawię. Prawdopodobnie w przyszłym roku przygotujemy z wydawcą drugie, rozszerzone wydanie opowieści o KSU i punk roku w Bieszczadach. Już teraz gorąco polecam. Zdradzę tylko, że zupełnym przypadkiem dokopałem się do unikatowych dokumentów dotyczących KSU, które powinny być smakowitym kąskiem dla każdego fana kapeli.

(Wywiad ukazał się w miesięczniku studenckim Pressja 08.2010)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz