Kozak System i PodobaMiSię - recenzje nowości z Lou & Rocked Boys

Lou & Rocked Boys to obecnie najbardziej płodne wydawnictwo zajmujące się zespołami z szeroko pojętej sceny alternatywnej. ODC, Molly Mallone's, Haydamaky, Paihivo to tylko niektóre z premier, które w ostatnich tygodniach wrocławska firma wypuściła na rynek. Wśród nich znalazły się też dwie płytki, które ostatnio wpadły mi w ręce - solidny debiut ukraińskiego folk-rockowego Kozak System oraz drugą w dyskografii płytę grającej wesołe ska grupy PodobaMiSię, która nie do końca podoba mi się. Moje recenzje tych płyt znajdziecie na portalu irka.com.pl, który objął patronatem oba albumy.

Recenzja Kozak System "Shablia" Lou & Rocked Boys, Luty 2013.
Recenzja PodobaMiSię "Zabiorę Ciebie tam" Lou & Rocked Boys, Luty 2013. 


W najbliższą środę między 17:00 a 17:30 opowiem o jednej z tych płyt w audycji Studenckie Studio Polskiego Radia Rzeszów.

Nowe Strachy Na Lachy i UK Subs

W lutym pojawiły się nowe płyty dwóch zasłużonych kapel - klasyków angielskiego punk rocka z UK Subs oraz rodzimych Strachów Na Lachy. Dwa bardzo przyzwoite krążki, a takie kawałki jak "Las Vegas wedding" Subsów czy Strachowy "Bankrut... bankrutowi" zostają w głowie na dłużej. Recenzje płyt znajdziecie na portalu irka.com.pl, poniżej linki:

Recenzja Strachy Na Lachy "!TO!" SP Records, Luty 2013.
Recenzja UK Subs "XXIV" Captain Oi, Luty 2013.


W najbliższą środę między 17:00 a 17:30 opowiem o jednej z tych płyt w audycji Studenckie Studio Polskiego Radia Rzeszów.

Wywiad: Bracia Figo Fagot - Rock'n'rollowi disco-polowcy

Debiutancka płyta zespołu Bracia Figo Fagot „Na bogatości” wstrząsnęła polskim rynkiem muzycznym. Grupa, która parodiuje nurt disco-polo i jest realną kontynuacją postaci z serialu „Kaliber 200 volt”, z dnia na dzień wdarła się na listy najlepiej sprzedających się płyt w Polsce i z powodzeniem koncertuje w całym kraju. Co jest tajemnicą fenomenu Braci? Wąsy? Teksty o Cyganach i seksie? A może sentyment publiczności do disco w rytmie polo? Tego wszystkiego starał się dowiedzieć Sylwester Zimon, który wziął na spytki Figo i Fagota, czyli 100% składu Braci Figo Fagot.

Fot: materiały prasowe.

Wywiad: Anti-Flag - ACTA to krok wstecz

20 marca 2012 roku nakładem Side One Dummy ukazał się nowy album Anti-Flag The general strike. O nową płytę, punk rocka i ACTA Chrisa#2 - basistę i wokalistę grupy - wypytywał Sylwester Zimon.


Wywiad: CF98 - Pierwsza liga pop-punka

Pomimo tego, że Kraków nie leży w Kalifornii, to pochodzący stamtąd zespół CF98 od lat tworzy czołówkę polskiej sceny melodyjnego, „amerykańskiego” punk rocka. Wydany w kwietniu 2010 roku album „Nic do stracenia” i masa koncertów w Polsce i za granicami potwierdza, że z roku na rok krakowianie są w coraz lepszej formie. Z wokalistką Karoliną Duszkiewicz, basistą Krzysztofem Kościelskim i gitarzystą Karolem Grelą rozmawiał Sylwester Zimon.


Fot. archiwum zespołu

Sylwester: Pierwsze pytanie adresuje do Karoliny. Niby najnowsza płyta nazywa się "Nic do stracenia", a jednak na zdjęciu we wkładce, gdzie chłopaki z zespołu pozują nago, nie poszłaś na całość. Czyżbyś jednak miała coś do stracenia?

Karolina Duszkiewicz: Chodzi o pewien stan, w którym jesteśmy jako zespół z taką, a nie inną przeszłością. To, że wiemy, kim jesteśmy i na czym stoimy. Pokazaliśmy światu to, co stworzyliśmy ryzykując, bo sam wiesz, że nasza nowa płyta to inna jakość. Nie każdy to przełknął, ale nie mamy zamiaru nikomu niczego udowadniać. Tak jak nie będę udowadniać, że moje cycki są okej (śmiech).

Dlaczego odeszliście od śpiewania po angielsku? Nie macie już nadziei na karierę międzynarodową czy są inne powody?

Karol Grela: Karolina napisała pierwszy tekst do "OK". Siadło, spodobało się i uznaliśmy, że tak będzie dobrze. W sprawie "kariery międzynarodowej" moje prywatne zdanie jest takie, że nasze życie codzienne jest największą barierą. Każdy z nas pracuje, grafiki i urlopy pięciu osób ciężko pogodzić, a wycieczki zagraniczne są czasochłonne. Graliśmy kilkakrotnie w sąsiednich krajach, gdzie zawsze jesteśmy przyjmowani z otwartymi rękami. Mimo tego na dzień dzisiejszy ojczyzna jest najważniejsza.

K.D.: Miło jest zobaczyć kawałek świata i poznać nowych ludzi. Ale jesteśmy stąd, mówimy po polsku i chcieliśmy tym razem zrobić coś bardziej dla siebie i dla ludzi z tego kraju. Mieliśmy nadzieję na lepszy odbiór ze strony słuchaczy. Myślę, że to się udało.

2010 rok jest moim zdaniem najważniejszy w Waszej karierze – nowa, najlepsza w Waszym dorobku płyta, występy w Jarocinie, na Coke Festival czy u boku Bad Religion i Billy Talent. Jakie są nastroje w zespole? Czujecie się spełnieni czy to dopiero początek ofensywy CF98?

Krzysztof Kościelski: Zdecydowanie początek! Cieszy nas to, że nie stoimy w miejscu i że jest coraz więcej ludzi, którzy nas znają.

K.G.: Przyjemnie się gra duże imprezy, gdzie wszystko jest tip-top. Jeżeli ta tendencja się utrzyma to morale w zespole będą wciąż rosły. Natomiast nie jest tak, że zapominamy o mniejszych imprezach. Ogólnie walczymy dalej na wszystkich frontach, bo jest nadal mnóstwo do zrobienia.

K.D.: To jest niesamowite przeżycie zagrać u boku takich zespołów i na takich festiwalach, ale nie można dać się zwariować i oderwać od rzeczywistości. Miłe jest to, co nas spotyka, ale mam też satysfakcję z tego, że na to zapracowaliśmy. Nic nie dzieje się bez powodu. Jeśli mówimy o spełnieniu, to czuję je od pierwszej próby z chłopakami w 2003 roku. Brzmi to patetycznie, ale życzę tego uczucia każdemu, kto jeszcze nie wie, do czego został stworzony.

Zastanawia mnie symbolika wielkiego kraba i muszelki na okładce „Nic do stracenia”. Możecie uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić, jaką to ma wymowę?

K.G.: Symbolika jest prosta – my, czyli zespół w postaci chłopca z drewnianym mieczem, kontra całe wszytko, z czym walczymy, jako muzycy i ludzie w codziennym życiu. W tej roli wystąpił wielki krab. Walka jest ciężka i nierówna, ale co mamy do stracenia?

K.D.: A muszelka ma jedynie wartość wizualną (śmiech).

Właśnie. W Waszych tekstach często pojawia się motyw walki. O co walczy CF98, oprócz dostępu Krakowa do morza?

K.D.: Morze odpuszczamy. Wystarczy nam większa ilość słońca.

Recenzja „Nic do stracenia” ukazała się w bardzo młodzieżowym magazynie „Popcorn”. Cieszy Was to czy przeraża?

K.G.: Tak szczerze, dla mnie to obojętne. Jak dzieciak wpadnie na nasz koncert, bo przeczytał recenzję w „Popcornie” i przez to zacznie słuchać rocka innego niż ten z „High school musical” to będę zadowolony.

K.D.: Nawet tak ryzykowna próba dotarcia do kilku dzieciaków jest do przyjęcia.

K.K.: A mnie to cieszy.

Co jest największym sukcesem w historii CF98?

K.K.: Ogrom koncertów, które udało nam się zagrać. Tutaj ukłon dla wszystkich, którzy nam w tym pomogli.

K.D.: Fakt, że wciąż trzymamy się razem i że tworzymy coś z niczego.

K.G.: To, że Alek (założyciel zespołu – przyp. S.Z.) kiedyś do mnie zadzwonił i zwerbował mnie na gitarę do tego bandu (śmiech).

(Wywiad ukazał się w miesięczniku studenckim Pressja - 11.2010)

Wywiad: Maciej Maleńczuk - Ambicja i zobojętnienie

Maciej Maleńczuk to artysta nieprzeciętny. Kiedyś nazywany był bardem Krakowa i buntownikiem. Dzisiaj z łatką skandalisty przemierza Polskę występując z dancingowym repertuarem. O swoich planach, marzeniach i poglądach opowiedział Arturowi Gawłowi i Sylwestrowi Zimonowi.


W jednym z wywiadów powiedziałeś, że zrobiłeś karierę dzięki skandalizującym wypowiedziom, a nie muzyce. W taki razie czy to dobra recepta na sukces dla każdego artysty?

Maciej Maleńczuk: Przede wszystkim trzeba mieć do powiedzenia coś, co będzie na tyle ciekawe, żeby wszyscy później o tym przez parę dni gadali. W latach 90. wymyśliłem ideę psychopopu, którą kontynuuje w Psychodancingu. Chodzi o to, że nie cofnę się przed niczym, przed czym nie cofają się inni. Po prostu będę robił to, co robią inni. Będę używał ich narzędzi do pokazania siebie. Nie cofnę się przed skandalizowaniem w wywiadach, ponieważ nie jestem, aż tak genialny, aby umierać na suchoty. Jest to koncept, który całkiem nieźle się sprawdza. Wolę to niż siedzieć w jakiejś mysiej dziurze i liczyć drobne na jutro.

Zwłaszcza, że dopiero teraz grasz w największych klubach dla tłumu fanów.

M.M.: To świadczy o tym, że pomysł na projekt jest dobry. Ale ci, co byli na koncercie przekonali się, że jeszcze wiele zostało we mnie z tego starego Maleńczuka.

No właśnie, bo można stwierdzić, że „nowy” Maciej Maleńczuk muzycznie bliższy jest Maciejowi Miecznikowskiemu z Leszczy.

M.M.: Próba podejścia do muzyki Leszczy jest taka sama jak i w przypadku Psychodancingu, tylko, że oni wychodzą od strony operetki, a ja od undergroundu. Imponuje mi to, że Miecznikowski zna 450 standardów i w każdej chwili może znaleźć się w dowolnym zespole przygrywającym na statku i jako wokalista doskonale się sprawdzi. Ja znam trochę bluesów, ale to się na dancing nie nadaje…

Występy na statku to plan na przyszłość zespołu Psychodancing?

M.M.: To jest jedno z moich marzeń. Nie wiem jakby to wyglądało grać tak codziennie, przez trzy miesiące. Ja uważam, że każdy muzyk, który przeszedł przez statek, jest zdolny do tego, aby w każdym stanie upojenia alkoholowego wyjść na scenę i zagrać profesjonalnie. Ten, kto nie grał na statku tego nie potrafi. To mi się w tym wszystkim podoba.

Ambitne podejście.

M.M.: Ambicja to moja główna cecha.

W Psychodancingu nie tworzysz wielu własnych kompozycji, lecz grasz utwory innych artystów, które gwarantują sprzedaż płyt i tłumy na koncertach. Jesteś nastawiony wyłącznie na zysk?

M.M.: Tak naprawdę śpiewając utwory starszych wykonawców nabijasz kasę zupełnie zapomnianym autorom piosenek, którzy teraz chodzą o lasce i karmią gołębie. A tu nagle zaskoczenie, bo na konto staruszka wpływa wielka kwota, bo jakiś tam Maleńczuk nagrał cover jego utworu. To jest pewien rodzaj pomocy i okazanie szacunku dla tych twórców. Prawda jest też taka, że ja nie piszę więcej niż trzy, cztery teksty rocznie. Nie jestem zawodowym autorem tekstów. Musiałbym coś przeżyć i to opisać, ale ja już nie chcę tego robić. Mam dość przeżywania (śmiech).

Wydałeś już trzy płyty z zespołem Psychodancing, planujesz coś jeszcze, czy konwencja już się wyczerpała?

M.M.: Nie, w ogóle się nie wyczerpała. Mam już dwie płyty do przodu. Najpierw będą piosenki Włodzimierza Wysockiego w moim przekładzie, a następnie płyta country. Później nagram duet z Krzysztofem Krawczykiem (śmiech).

W Twoich wypowiedziach widzę pewną sprzeczność, z jednej strony wkurzasz się, gdy na Twoje koncerty przychodzą „stare baby”, a z drugiej Psychodancingiem właśnie je przyciągasz. Jak to jest naprawdę?

M.M.: Dziś już tak zobojętniałem, że przestało mnie to denerwować. Ambicja i zobojętnienie, to moje dwie główne cechy (śmiech).

Pozazdrościłeś ostatnio Marcinowi Świetlickiemu kariery pisarza i samemu mierzysz się z napisaniem powieści. Mógłbyś zdradzić coś więcej na ten temat?

M.M.: Po pierwsze napiszę lepiej od Świetlickiego (śmiech). Piszę powieść w odcinkach do „Bluszczu”. Za każdym razem jest to 10.000 znaków, a będą w sumie 24 odcinki. Jest to historia młodego człowieka, który przechodzi przez kolejne etapy stawania się mężczyzną. Generalnie wpada w coraz większe kłopoty, spowodowane tym, że ćwiczy panny te, których nie powinien. Mógłby mieć każdą na tej planecie, ale akurat wybiera tą złą i z tego powodu wynikają coraz nowsze problemy, które z chłopaka, który na samym początku nie był do końca pewny siebie robią prawdziwego mężczyznę. Mam nadzieję przynajmniej. Trzeba wziąć pod uwagę, że w trakcie pisania historia trochę się wymyka. Zdarza się, że jak już opiszę jakąś sytuację, to jedyne logiczne rozwiązanie jest inne niż to, co sobie zaplanowałem, a fajnie poszło, już wysłałem maila i poszło do druku. Ale taki styl pracy podoba mi się najbardziej, bo inaczej pisałbym pięć lat, a tak będę pisał dwa lata.

Wojciech Waglewski zaprosił Cię do udziału w projekcie Męskie Granie. Oprócz Ciebie zobaczyliśmy na scenie wielu znakomitych muzyków, m.in. Stańkę, Możdżera, Abradaba… Jak układała się Wasza współpraca?

M.M.: To całe Męskie Granie… Czułem się tam jak piąte koło u wozu.

To znaczyłoby, że nie jesteś męski…

M.M.: Tak by z tego wynikało (śmiech). Jeśli ktoś silnie akcentuje swoją męskość, to zaczyna się go o coś podejrzewać. Co to znaczy Męska Muzyka i Męskie Granie? Jakie to są akordy? Tylko i wyłącznie durowe? (śmiech) Mam wrażenie, że Wojtek Waglewski ma obsesję na punkcie męskości w muzyce. Ale bardzo go lubię, jest świetnym ojcem i nie zostawia swoich dzieci na lodzie – daje im zarobić.

W 1980 roku za odmówienie służby wojskowej poszedłeś na półtora roku do więzienia, co wywołało akcję „uwolnić Maleńczuka”. Rozpierała Cię duma, czy było Ci to zupełnie obojętne?

M.M.: Dowiedziałem się o tym z pewnym opóźnieniem i byłem z całej akcji dumny. Później, gdy wróciłem na swoje osiedle, to pytano mnie czy czasem nie zwariowałem i nie uważam się za Chrystusa. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że ludzie, a później publika, kompletnie nie zna się na żartach. Podobnie było w przypadku utworu „Jestem Sam”. Tekst traktowaliśmy z przymrużeniem oka, a tu nagle okazuje się, że publiczność nawet łezkę uroni (śmiech).

Według Ciebie „małżeństwo to piekło”, a kobiety to „małe cwaniary”. Dalej podtrzymujesz te słowa?

M.M.: Nadal uważam, że małżeństwo to piekło, a jeśli ktoś ma odchyły satanistyczne to dobrze się w tym kotle czuje. Mój związek wielokrotnie był piekłem. Dlatego dostajesz po 25 latach medal od państwa, że potrafiłeś przez to piekło przejść. Lepiej się nie żenić, uwierzcie mi (śmiech). Zresztą uważam, że całe życie jest piekłem. Niewielu ludzi jest szczęśliwych.

Jesteś znany z tego, że nie grasz za darmo na charytatywnych imprezach. Ostatnio wytknął to chociażby Jurek Owsiak w swojej książce o Przystanku Woodstock, gdzie odmówiłeś występu. Nie stać Cię na takie występy?

M.M.: A dlaczego on nie zamierza mi płacić? Niech spada. Mam przyjaciół, mamę, dzieci, kumpli narkomanów, którzy są w trudnych sytuacjach i ja ich z tych sytuacji wyciągam. Dzielę się z nimi swoimi pieniędzmi. Dla mnie podejrzane są te wszystkie wielkie charytatywne akcje. Nie wiem, na co idą pieniądze z tych imprez. Po prostu nie wierzę, że w tym szemranym kraju takie rzeczy załatwia się uczciwie.

Kiedyś stwierdziłeś, że artystom wolno więcej. Nie jest jednak tak, że wolno im mniej, bo są ciągle pod ostrzałem dziennikarzy?

M.M.: Tylko politykom wolno mniej, a czy artyści są pod ostrzałem? Skąd możesz wiedzieć, jakie zwyczaje w łóżku ma Kayah czy Edyta Górniak, a senatora Piesiewicza od razu wyciągnęli (śmiech). Jeżeli ktoś kiedyś zrobi mi zdjęcia jak uprawiam seks, to cała reszta wpadnie w kompleksy, a to się nie opłaca (śmiech).

(Wywiad ukazał się w miesięczniku studenckim Pressja 10.2010)

Wywiad: Krzysztof Potaczała - Pomnik dla KSU

Kiedy w latach siedemdziesiątych w Polsce pojawił się punk rock nikt nie spodziewał się, że jednym z najważniejszych ośrodków rozwoju tej muzyki będą leżące w Bieszczadach Ustrzyki Dolne. Właśnie tam w 1978 roku powstał działający do dzisiaj zespół KSU. Historię ustrzyckiej legendy opisał Krzysztof Potaczała w wydanej ostatnio książce „KSU rejestracja buntu”.

Wywiad: Grabaż - Nie umie śpiewać, ale ma inne zalety

Krzysztof “Grabaż” Grabowski – wokalista Strachów Na Lachy i nieistniejącej już Pidżamy Porno – to postać nietuzinkowa. Mimo blisko 50 lat na karku, epatowania pesymizmem i pełnego nonszalacji podejścia do śpiewu, od lat pozostaje jedną z ikon polskiej sceny alternatywnej. O najnowszej płycie Strachów Na Lachy, “Dodekafonii”, Pidżamie Porno i  dzieciach, z Grabażem rozmawiali Berenika Haduch i Sylwester Zimon.

Co to w ogóle jest dodekafonia?

Grabaż: Dodekafonia to termin muzyczny oznaczający totalny bałagan w dźwiękach. Jeżeli nie masz wykształcenia muzycznego, to utwór dodekafoniczny wydaje ci się jednym wielkim jazgotem, zgiełkiem i totalnym burdelem. Tytuł dodekafonia pasował do tego, co się działo w mojej głowie.

Przy jakich projektach lepiej Ci się pracuje, przy autorskich, czy przy coverach?

G: Najciężej pracowało mi się właśnie przy "Dodekafonii". Wcześniejsze płyty ze Strachami wchodziły jak po maśle. Przy pierwszych dwóch, wpadliśmy w szał nowości i poznawaliśmy siebie. Przy coverach to przede wszystkim nasz basista, Lo, ustalał jak ma to wszystko wyglądać.

Więc dlaczego przy najnowszej płycie pracowało Ci się najtrudniej?

G: Być może nagrywaliśmy ją zbyt szybko. Byliśmy po dwóch mocno wyczerpujących projektach, czyli po "Autorze" i "Zakazanych Piosenkach", które  robiliśmy rok po roku, a tu trzeba było zająć się "Dodekafonią". Piosenki na płytę napisałem w dwa tygodnie, w listopadzie 2008 roku i były one w mojej opinii totalnie aktualne. Także chyba lepiej było się przemęczyć, trochę pokłócić i nagrać ją teraz.

Podobno konflikty w studiu wynikały z różnych gustów muzycznych członków zespołu. Czego w takim razie słuchasz?

G: Słucham praktycznie wszystkiego. Na stronie mojej audycji w radiu Roxy można zobaczyć czego słucham konkretnie. Nie lubię tylko jazzu, disco-polo i heavy metalu. Dla przykładu nasz perkusista lubi Stinga i Sade, a ja tego nie lubię.

Czy brałeś lekcje śpiewu przed "Dodekafonią"? Fani twierdzą, że poprawiłeś się wokalnie.

G: Nie. Nie brałem. Wstydziłbym się zaśpiewać przed profesjonalistą, ponieważ jakby on opowiedział na mieście, jakim ja jestem wokalistą, to bym z chaty przez rok nie wychodził. Kumple z zespołu doskonale zdają sobie z tego sprawę i każdy to przyjął jako "nie umie śpiewać, ale ma inne zalety" (śmiech). W studio bywa to irytujące, ale ja inny nie będę. Nie powiem, że prędzej bzyknąłbym faceta, niż poszedł na lekcje śpiewu, ale jest to mniej więcej porównywalne. Śpiewam jak śpiewam, nie zawsze jest to zgodne z jakimiś normami technicznymi.

Skąd pomysł, aby zaprosić na płytę Natalię Fiedorczuk?

G: Zakochałem się w niej jako w artystce. To jest dziewczyna, która mieszkała długi czas w Poznaniu i kręciła się wokół środowiska związanego ze studiem Czad, w którym spotykało się wielu artystów: Happy Pills, Sweet Noise czy Pidżama Porno. Byłem świadkiem jej dorastania muzycznego, od  niedoświadczonej dziewczyny do świadomej artyski, czego dowodem jest jej płyta "Go Dare" wydana jako Natalie And The Loners, która mnie całkowicie rozłożyła na łopatki. Wielki szacunek. Do "Dziewczyny o chłopięcych sutkach" szukałem głosu, który nie jest skażony, nie śpiewa żadnego r'n'b, nie wyciąga jakichś nieprawdopodobnych gór, tylko śpiewa po ludzku. No i jej się to udało. Efekt, który sobie wymyśliłem został osiągnięty i fajnie, że ktoś taki jak Natalia  zgodził się z nami zaśpiewać.

Czy warto było zostać magistrem historii, skoro i tak zajmujesz się muzyką?

G: Nieważne, jakie studia się kończy. Studia są potrzebne jako pewien etap w osiąganiu dorosłości, dojrzałości oraz jako pewien etap w nauce rozumienia świata. Moje studia spełniły swoją rolę. Może nie do końca, bo zmarnowałem zbyt wiele czasu, będąc studentem, natomiast nie żałuję ani jednego dnia, który spędziłem na uczelni. To jest kolejny szczebel w dopuszczaniu do siebie nowych rzeczy, poznawaniu nowych ludzi i zjawisk. Ciężko to zrobić, nie będąc na studiach. Zresztą ja poszedłem na studia, żeby grać w kapeli rock’n’rollowej. W tych czasach jak kończyłeś ogólniak i nie studiowałeś, to szedłeś do wojska, więc musiałem iść na studia.

Co sądzisz o stwierdzeniu, że Strachy Na Lachy są zespołem emo?

G: O, fajnie. Będziemy musieli się zacząć malować. Ciąć, już się ciąłem. Podejrzewam, że emo to muzyka dla nastolatek, końcówka podstawówki, gimnazjum, trudny okres dojrzewania. Natomiast moja nowa płyta jest tekstowo skierowana do moich rówieśnikow. Odnoszę wrażenie, że jedynymi osobami, które kumają to bez konieczności tłumaczenia czegokolwiek są właśnie oni. Mam 45 lat i zazwyczaj publiczność w moim wieku nie przychodzi na koncerty, tylko kupuje płyty. Przy żadnej płycie nie poczułem takiego odzewu generacyjnego. Natomiast czy ktoś sobie weźmie to za emo czy nie... No cóż, te nastolatki, które są emo, będą za pół roku w innym świecie. Wiem, bo mam syna w tym wieku. On się śmieje z emo, bo jest indie, ale wcześniej słuchał rapu. Później był wielkim fanem Happysadu, Indios Bravos i w końcu Lao Che. Aktualnie przegląda MySpace'a i szuka takich kapel, których nie zna.

A jak mu się podoba “Dodekafonia”?

G: “Radio Dalmacija” mu się podoba. O dziwo. Zresztą musi się przeciw komuś buntować i nawet jak mu się coś podoba, to mi tego nie powie, a ja tego od niego nie wymagam. Wystarczy mi, że chodzi w koszulce Strachy Na Lachy.

Pytamy bo krążą opinie, że Twojej muzyki słucha głównie młodzież?

G: Nie zgadzam się z tym. Dzieciaki przychodzą na koncerty i dzięki temu je sprzedajemy. Nie wydaje mi się, żeby młodzież wykupiła 20.000 sztuk “Dodekafonii”. Na pewno część dzieciaków nas słucha, ale w tym wieku jest to zrozumiałe, że się słucha muzyki i jest to jedna z najważniejszych rzeczy w życiu. Kiedy się dorasta to zaczyna się szukać czegoś bardziej wyrafinowanego i nieco bardziej ambitnego formalnie niż Strachy Na Lachy.

W 2005 roku w wywiadzie dla PRESSJI mówiłeś, że 10.000 sprzedanych płyt to dla Ciebie nie jest żaden sukces. Teraz na swoim koncie masz cztery złote płyty. Czy osiągnąłeś już stan, w którym możesz mówić o sukcesie?

G: Jeżeli chodzi o liczbę sprzedanych egzemplarzy to szału nie ma. Nie mogę narzekać bo wiele zespołów, gdy sprzeda tyle płyt co my, to pije przez tydzień ze szczęścia. Jak na obecne warunki mamy dobre wyniki. Bardzo dziękujemy ludziom, którzy kupili naszą płytę. Natomiast zakładając, że żyjemy w normalnym kraju, to nie ma tego aż tak wiele. Był taki tydzień, że byliśmy na pierwszym miejscu w liście najlepiej sprzedających się płyt w kraju. Gdyby to było w innym kraju to bylibyśmy ustawieni do końca życia. W polsce tak nie jest, ale nie narzekam.

Na "Dodekafonii" śpiewasz, że wiele rzeczy Ci w Polsce nie pasuje. Może chciałbyś się wynieść do jakiegoś innego kraju?

G: Na pewno nie na stałe, bo jestem polski do bólu. Za granicą byłbym trudny do zrozumienia, zresztą tutaj większość ma z tym problem. Poza tym ja i Polska to trudna miłość, ale miłość.

Zmieńmy trochę temat. Co się dzieje z Dziadkiem i Julem, z którymi grałeś w Pidżamie Porno? Jako jedyni nie przeszli do Strachów. Nie naciskają na Ciebie, żeby zreaktywować zespół?

G: Dziadek gra teraz w Happy Pills, a Julo chodzi do normalnej pracy – rysuje mapy i udziela lekcji gry na basie.

A spaliłeś swój kapelusz, aby już na zawsze zamknąć rozdział pod tytułem Pidżama Porno?

G: Nie. Oddałem go Końjowi i Skibie do Muzem Polskiego Rocka w Gdańsku. Kapelusz zawsze można sobie zorganizować gdybym go kiedyś potrzebował. Zawsze mogę go też odebrać, o ile go nie przepili i nie zgubili. Tęsknie za kawałkami Pidżamy Porno, w końcu sam je napisałem. Może kiedyś nadejdzie taki moment, że je znów zagram.

Na jednym z forów internetowych znaleźliśmy ciekawy post. Jedna z Twoich fanek pisze “Grabaż... jak ja się kiedyś w Tobie kochałam”. Miałeś kiedyś problemy z zakochanymi w Tobie nastolatkami?

G: Oczywiście, że miałem. Ale wchodzimy w tajniki mojego życia, których nie chciałbym zdradzać.

Ale po czymś takim możesz czuć się jak gwiazda rocka. Jesteś gwiazdą?

G: Z jednej strony tak. Z drugiej strony mnie to wali. Zapraszają mnie do różnych programów telewizyjnych. Na przykład ostatnio zaprosił mnie Michał Figurski do “Jazdy figurowej”. Pierwszy i ostatni raz się na coś takiego zgodziłem. Pocięli mnie w montażu jak wołowe mięso. Ale Supernianię, która występowała razem ze mną, pocięli znacznie mniej. Wojewódzki też mnie zapraszał, ale nie spełniam się jako postać dostarczająca prostej rozrywki więc odmówiłem.

Wróćmy do muzyki. Próbowałeś kiedyś zrobić karierę zagraniczną ze swoimi zespołami czy nie macie na to parcia?

G: My jesteśmy nieprzetłumaczalni na inne języki. Jeszcze nie znalazł się taki śmiałek, który by nas przetłumaczył, chociaż kilku próbowało. Nie jesteśmy też jakimiś muzycznymi wyjadaczami, którzy powalają na kolana techniką. My gramy na emocjach i w tym sensie jesteśmy emo (śmiech).

A nie próbowałeś kiedyś napisać jakichś bardziej radosnych, pozytywnych tekstów?

G: Parę takich tekstów mi się zdarzyło, np. “Dzień dobry kocham cię”. Ale nie odczuwam takiej potrzeby żeby tak pisać bo musiałbym kłamać. Nie będę sobie wrzucał w komputer słów “optymizm”, “wiara”, “ufność”, “nadzieja” i generował z tego tekstów. Tak samo nie robię w drugą stronę, wpisując “dół”, “degrengolada” i “depresja”.

W wywiadzie dla “Teraz Rocka” stwierdziłeś, że możliwe, że już nic więcej nie napiszesz. Czy fani Twojej twórczości powinni się obawiać?

G: Możliwe. To nie ode mnie zależy, ale od Pana Boga, czy mi zrzuci jakieś śmieci czy nie. Nie znam dnia ani godziny, ale teraz nic nie planuję.

(Wywiad ukazał się w miesięczniku studenckim Pressja 03.2010)

Wywiad: Artur Andrus - Śmieszny jak pies z pokolenia Szymborskiej

Artura Andrusa można nazwać człowiekiem orkiestrą – jest on bowiem dziennikarzem, konferansjerem, kabareciarzem oraz autorem piosenek. Na co dzień można go usłyszeć w Programie III Polskiego Radia, szerszej publiczności jest natomiast znany z programu publicystycznego „Szkło kontaktowe”. O komercjalizacji kabaretu i poczuciu humoru z Arturem Andrusem rozmawiał Sylwester Zimon

Wywiad: Myslovitz - Małżeństwo po przejściach

Założony w 1992 roku Myslovitz jest jednym z fundamentów współczesnej polskiej muzyki rockowej. Wszystkich więc zaskoczyła wiadomość o chwilowym zawieszeniu działalności, którą zespół ogłosił w 2007 roku. Jednak Myslovitz powrócił z nową energią, czego dowodem był świetny koncert w rzeszowskim klubie Live. Przy tej okazji o nowej płycie zespołu, zagranicznej karierze i historii grupy z Jackiem Kuderskim, basistą i jednym z założycieli Myslovitz, rozmawiali Artur Gaweł i Sylwester Zimon.

Za Wami roczna przerwa w koncertowaniu. Dla fanów była to mocno kontrowersyjna decyzja. Czym to było spowodowane?

Jacek Kuderski: Reszta zespołu, oprócz Artura Rojka, też tego nie rozumiała. Nie była to decyzja całej grupy. Spowodowało ją raczej zmęczenie i chęć zrealizowania innych projektów przez Artura. On sam powiedział nam o niej rok wcześniej, ale nie działo się to w demokratycznej atmosferze. Nie chcieliśmy tej przerwy. Jednak w jakimś sensie nam to pomogło. Publiczność znów zaczęła masowo przychodzić na nasze koncerty. Wszycy odpoczęli, znów garnęliśmy się do grania. Z jednej strony pomyślałem – super, a z drugiej miałem obawy. Jeśli masz roczną przerwę i czytasz na forach internetowych, że Myslovitz już się praktycznie rozpadł, to mimowolnie zaczynasz w to wierzyć. My jednak wiedzieliśmy, że musimy wrócić do pracy i grać dalej.

Czy po przerwie panuje w Myslovitz zgoda i sielankowa atmosfera?

J.K.: Jest zdecydowanie lepiej niż było. Może nie jest idealnie, bo tak już pewnie nigdy nie będzie. W końcu jesteśmy małżeństwem po przejściach. No ale jest lepiej, szlifujemy demo, jesteśmy przed nagraniem nowej płyty. Mam nadzieję że uda nam się coś ciekawego stworzyć.

Ostatnio wśród rockowych artystów panuje tendencja do zmieniania stylu muzycznego, czego przykładem jest Hey i Agnieszka Chylińska. Czy fani Myslovitz powinni się obawiać jakiejś drastycznej zmiany brzmienia na kolejnej Waszej płycie?

J.K.: Po tych piosenkach, które mamy już gotowe, wiem, że nowa płyta to na pewno będzie coś innego. To już nie będzie ten sam Myslovitz, bo nasze założenia są właśnie takie. Ale to też nie będzie taki wielki skok jak zrobiła Chylińska. Myślę, że tacy artyści jak Hey chcą pokazać, że oni też potrafią nagrać płyty nierockowe i to jest bardziej świeże niż kolejny płyta nagrana w tym samym stylu. To są przemyślane i nieprzypadkowe decyzje.

Podobno Wasz nowy album ma być swoistą klamrą, spinająca wszystkie dotychczasowe osiągnięcia grupy Myslovitz. Chcielibyście stworzyć płytę, tak rozpoznwalną jak "Miłość w czasach popkultury"?

J.K.: Nie wiem. Mamy bardzo różne utwory. Teraz na próbach każdy daje coś od siebie. Lala (Wojciech Kuderski – perkusista, przyp. red.), który do tej pory znany był z jednej kompozycji, "Korova Milky Bar", przedstawił sporo fajnych pomysłów i chce zająć się ich produkcją. Wszystko się zmienia. Nową płytę będziemy nagrywać z Marcinem Borsem, tym samym który współpracował z Hey. Podobno to fajny człowiek. Młodszy od nas, więc będziemy mogli go przestawiać (śmiech).

Kiedy możemy spodziewać się nowej płyty Myslovitz?

J.K.: Najszybciej pod koniec roku, ale tylko wtedy, kiedy nagramy ją jakoś w kwietniu. Jeżeli tego nie zrobimy to nie zdążymy jej wydać w tym roku, bo później dojdą koncerty, dzieci pójdą do przedszkola i nagle okaże się, że płyta Myslovitz jest płytą roku, bo nagrywaliśmy ją cały rok.

Krążek “Korova Milky Bar”, był mocno promowany za granicą. Myslovitz można było usłyszeć nawet w MTV Europe, jednak coś poszło nie tak. Płyta nie odniosła znaczącego sukcesu. Zachód mimo, że usłyszał o zespole to jednak nie do końca się Wami zachwycił. Będziecie jeszcze kiedykolwiek walczyć o większą popularność poza Polską?

J.K.: To nie jest tak, że każda płyta ma szanse za granicą. Przy “Korova Milky Bar” zajmowali się nami, oprócz managmentu polskiego, Henry McGroggan i Ania Marzec, którzy współpracowali z Iggym Popem. Henry z racji pozycji i znajomości na zachodzie, wkręcał nas na bardzo duże koncerty. Mowa tu o wspólnych występach z The Corrs, Iggy Popem, Simple Minds. Prawdopodobnie już nie będziemy współpracować z Anią i Henrym.

Dlaczego?

J.K.: Bo to nie ma sensu. Nie jesteśmy już zespołem młodym, a facetami koło czterdziestki. Nie kręci już nas granie na tak wielkich imprezach i bycie w ciągłej niepewności, czy się uda, czy nie. Poza tym, tam trzeba być totalnie anglojęzycznym, choćby po to, aby porozumieć się z gwiazdami na imprezach. Jeśli chcesz zrobić karierę, to musisz nawiązywać nowe znajomości. Nie chodzi tylko o to, by dać dobry koncert. Jeśli na przykład wypijesz wódkę ze znanym muzykiem, zdenerwujesz go, albo kopniesz w tyłek, wtedy zdobędziesz jego uznanie. My nigdy nie byliśmy tacy, po prostu mamy inne charaktery. Zagraliśmy dobrze, publiczności się podobało i nic poza tym. Zwiedziliśmy za to prawie całą Europę i USA. Graliśmy w największych europejskich salach koncertowych. Na przykład w Glasgow ostrzegano nas, że szkocka publiczność jest bardzo specyficzna. Jeśli jej się nie spodobamy, to w najleszym wypadku zostaniemy poczęstowani pomidorami (śmiech). Na szczęscie tak się nie stało.

Czy polskie zespoły mają szansę na zagraniczną karierę na miarę U2?

J.K.: Nie ma szans na polskie U2 czy Coldplay. Jest taki jeden polski zespół, który ma szansę na karierę za granicą, ale on nie osiągnie sukcesu na miarę Coldplaya. Chodzi o L.Stadt. Myślę, że oni zrobią wielką karierę na zachodzie i dopiero później zostaną zauważeni w Polsce. Dla mnie L.Stadt to najlepszy polski zespół. Jest wiele zespołów, na których koncertach po dwóch utworach idziesz na piwo, bo cię to nudzi. L.Stadt taki nie jest. Myślę, że nagrają jeszcze dwie, czy trzy płyty i będą wielcy. Wspomnicie moje słowa.

Był taki czas kiedy porównywano Myslovitz z Radiohead, czy Oasis. Co teraz o tym myślisz?

J.K: Firma płytowa specjalnie prównywała nas do Oasis, aby lepiej sprzedać naszą muzykę. Wystartowaliśmy równo z nimi, a Oasis był wtedy wschodzącą gwiazdą na rynku brytyjskim. Pytasz dlaczego Radiohead? Być może dlatego, że Myslovitz też ma lekki zakręt psychodeliczny. Wiecej podobieństw między Myslovitz a Radiohead nie widzę, ale ludzie faktycznie tak mówią. My słuchaliśmy zupełnie innych bandów: House Of Love, My Bloody Valentine, czy Stone Roses. Właśnie taka muzyka nas ukaształtowała. Wtedy w składzie nie było jeszcze Przemka Myszora. On był trochę inny (śmiech). Zresztą Wojtek Powaga też, bo słuchał bluesa. A Lala, Artur i ja byliśmy kompletnie zakochani w tym, co się działo w brytyjskiej muzyce gitarowej. Wcześniej oczywiście słuchało się Joy Division czy New Order. W Polsce jednym ze wzorców była mysłowicka grupa Generał Stillwell.

Jak odnosisz się do twórczości, którą prezentowaliście na początku istnienia grupy? Artur Rojek stwierdził kiedyś, że nie potrafiłby już zagrać kawałka "Z twarzą Marylin Monroe". Wstydzicie się tamtego okresu?

J.K.: "Z twarzą Marylin Monroe" nie gramy na koncertach już parę ładnych lat. Im jestem starszy tym mam na ten kawałek większe ciśnienie. Powiem tak: przychodzisz prywatnie na koncert i widzisz zespół z wielkimi ambicjami, słuchasz dwóch utworów i wiesz, że już nic ciekawego się nie wydarzy. Mam podobne wrażenie jeśli chodzi o Myslovitz. Jeżeli gramy dziesiąty raz z kolei tę samą setlistę, to wtedy ona tak mnie nudzi, że najchętniej zagrałbym starsze kawałki, łącznie z "Twarzą Marylin Monroe". Jest to naprawdę fajny utwór. W tych czasach tak się grało. Przypominają mi się ogniska i podobne rzeczy... Wtedy byliśmy o wiele młodsi. Nie wstydzę się tego. Jedyne nad czym ubolewam, to nad jakością dwóch pierwszych płyt...

No właśnie. Nagrywał je z Wami Ian Harris, przedstawiany w kraju jako wielki fachowiec z Wysp Brytyjskich...

J.K.: To nie była oczywiście żadna ściema, bo Ian współpracował z Joy Division. Jednak nie potrafił nagrać płyty z polskim zespołem. Po pierwsze, problemem była bariera językowa. Harris nie rozumiał szeleszczących polskich głosek, które pojawiały się w wokalu. Poza tym nie był wielkim specem od sprzętu. Nie potrafił kręcić gałkami tak, żeby wszystko ładnie wychodziło. Błądził tak samo jak my. To był koleś, któremu tak naprawdę przytrafiła się w życiu przygoda. My jako zespół początkujący chcieliśmy mieć realizatora z Anglii, nie zważając na jego prawdziwe umiejętności. Jestem kompletnie niezadowolony z brzmienia tych płyt, bo cholera... w tamtych czasach nagrywało się o wiele lepiej.

Wiele osób twierdzi, że Wasze teksty są zbyt depresyjne. Sam mówiłeś, że chciałeś kiedyś je tworzyć, ale szybko Cię "wyprostowano". Jeśli miałbyś je pisać to zaproponowałbyś coś bardziej radosnego?

J.K.: Ja też nie lubię głupich, radosnych tesktów. Tekst nie musi być smutny ale musi być mądry: musi o czymś mówić i mieć drugie dno. Nie mogą to być tylko sylaby, które mają fajny rym i nic poza tym. Wiadomo, że nie jest łatwo napisać fajny tekst. Nikt z nas nie jest Jackiem Cyganem. Nawet “Z twarzą Marylin Monroe” miało dobry tekst, bo opowiadało o czymś konkretnym.

Premiera książki o “Życie to surfing” opowiadającej o Myslovitz zbiegła się z premierą, “Białej księgi” Kultu. Nie jesteś trochę tym zawiedziony? Pytam, bo porównując oba wydawnictwa Kult stworzył coś o wiele lepszego.

J.K.: Nawet o tym nie wiedziałem. Myślę, że Leszek Gnoiński, autor “Życia to surfing”, też na to nie zwracał uwagi. To jest taka konkurencja jak między telewizjami. Jeżeli TVN zrobi “Taniec z gwiazdami”, to Polsat zrobi “Jak oni śpiewają”. To może głupie porównanie, ale tak myślę. A co do “Życia to surfing”, jest to książka o Myslovitz i to jest fajne, że jesteśmy dość młodym zespołem, a już mamy książkę na swój temat.

(wywiad ukazał się w miesięczniku studenckim Pressja 02.2010)

Wywiad: Dick4Dick - Penis jako synonim życia

Kiedyś określali siebie jako grupę samców przybyłych z kosmosu. Ich głównym znakiem rozpoznawcym był kult męskiego członka. Dziś przyznają się do tego, że pochodzą z Gdańska, a ich kosmiczny image poszedł dawno w niepamięć. Zespół Dick4Dick powstał w 2004 roku, prezentując zakręconą twórczość z pod znaku electro i popu. Z Bobby Dickiem (Michałem Skrokiem), N.G.A. Dickiem (Krystianem Wołowskim) i Jacquesem Le Dickiem (Jackiem Frąsiem) rozmawiali Artur Gaweł i Sylwester Zimon

Od lewej: Jaques Le Dick, Artur Gaweł, Bobby Dick, NGA Dick, Sylwester Zimon
Fot: Patryk Ogorzałek

Odwiedzając Waszego myspace'a natknęliśmy się na tekst, w którym przewrotnie odżegnujecie się od tego, co tworzyliście w przeszłości. Mamy więc rozumieć, że kładziecie grubą kreskę na klimatach electroclashowych?

N.G.A. Dick: Celowo umieściliśmy taką informację, ponieważ jesteśmy już trochę zmęczeni powtarzaniem pewnych utartych stereotypów na nasz temat. Zdążylismy dokonać już kilku zmian po drodze, ale niestety dziennikarze nie parający muzyką, przepisują wszystko, co znajdą na nasz temat w google. Mieliśmy tego po dziurki w nosie.

Bobby Dick: Odcinamy się od przeszłości, ponieważ cały czas się zmieniamy. I kto wie czy na kolejnej płycie nie będzie jakiejś rewolty. Poza tym, poznaliśmy ciekawą zależność jak można manipulować notatką prasową. Generalnie, wszystko, co napiszesz jest później ciągle powtarzane. No i teraz na przykład w wywiadach musimy mówić, że nagraliśmy naszą najnowszą płytę w drewnianej chatce na wsi (śmiech).

Jacques Le Dick: Co jest oczywiście totalną bzdurą, bo jak można nagrać płytę w takich warunkach? Ludzie to łykają.

B.D.: Ale prawda jest taka, że naprawdę nagraliśmy płytę w drewnianej chatce (śmiech).

N.D.: Na myspace postanowailiśmy podać szczere informacje. Musieliśmy sięgnąć do nas samych, a nie do wizerunku na nasz temat wymyślonego.

B.D.: Myślę, że niezależnie od tego co prezentujemy i wymyślimy, to i tak będzie to traktowane niepoważnie i przewrotnie. Wiele osób myśli, że każde nasze wydawnicto jest żartem, co pozwala nam wszystkich wodzić za nos.

Fot: Patryk Ogorzałek
 
A więc nie zamierzacie wracać do konwencji z pierwszej płyty?

N.D.: Nie sądzę. Na pewno będziemy się starali z każdą płytą zmieniać nasz wizerunek. Nowe wydawnictwo, "Summer Remains", powstało w sposób mocno niekontrolowany. Nie mieliśmy zamiaru nagrać płyty, która byłaby aż tak spokojna, wyciszona, może czasem introwertyczna. Wpłynęły na to warunki zewnętrzne. Pojechaliśmy na wieś, mieliśmy plan nagrania płyty miejskiej, dynamicznej, a stało się zupełnie inaczej.

Jak zaczynaliście płytą “Silver Ballads” wasza twórczość była prowokująca i niepokorna. Chcieliście zaszokować katolickie, polskie społeczeństwo? A może był to celowy zabieg, aby zaciekawić publikę nietypowym image?

B.D.: Nie zajmujemy się burzeniem czegokolwiek. My po prostu pokazujemy jeden ze sposobów na egzystencję. Penis jest dla nas synonimem życia. Jeśli żyjesz jak gość i chodzisz z podniesioną głową, to tego dicka masz wyprostowanego. A jeżeli robisz to, co Ci ktoś każe i jesteś z tym pogodzony, ale równocześnie nieszczęśliwy, to dick niestety jest sflaczały i opada.

N.D.: Wracając do pierwszej płyty. Głównym naszym założeniem było stworzenie jak największego show. Co nam przyświecało? Nieskrępowana zabawa oczywiście. Wiadomo też, że seks jest czymś radosnym. Jak można postrzegać seks jako coś wulgarnego?

J.D.: Jeśli mielibyśmy nawiązać do porno, to byłyby to filmy z lat siedemdziesiątych, gdzie wszystko było traktowane z zabawą i uśmiechem, a nie jak obecnie.

W jednym z wywiadów mówiliście, że przed nagraniem “Summer remains” mieliście pomysł na dwa albumy. Jaki więc będzie ten kolejny?

J.D.: Prawda jest taka, że przy tej płycie nie mieliśmy żadnych gotowych piosenek. Przyjechaliśmy z nagranymi krótkimi pomysłami i to się okazało bardzo dobrą metodą pracy, która stale nas zaskakiwała. Tworzyło się coś niekontrolowanego i ten brak pomysłu jest naszym pomysłem na następną płytę.

N.D.: Nie do końca się z tym zgadzam. Oczywiście ta metoda była ciekawa i się sprawdziła, ale teraz zrobimy coś innego. Ostatnio otworzyliśmy studio Dickie Dreams, w centrum Gdańska, w budynku, który dostaliśmy z urzędu miasta i możemy tam swobodnie nagrywać nasze pomysły. Tam nagramy następną płytę, która będzie bardziej miejska, elektroniczna i nowocześniejsza.

W jednej z recenzji waszej nowej płyty znaleźliśmy stwierdzenie, że utwór “Hollywood” inspirowany jest dokonaniami Lady Pank. Co o tym myślicie?

N.D.: W tej chwili nie można mówić o jakiejkolwiek inspiracji, bo musiałaby to być cała muzyka rozrywkowa. Dziennikarze często porównują nas do zespołów, o których istnieniu nawet nie mieliśmy pojęcia. Co do Lady Pank, to dawniej traktowaliśmy ich z przymrużeniem oka, ale teraz postrzegamy ich band jako muzykę wysokiej jakości. Ostatnio zaczęliśmy bardzo mocno odczuwać przynależność do polskiej sceny i w ogóle do Polski. Wydaje nam się, że problemem Polski są kompleksy. Nie czujemy dumy narodowej i przynależności do własnej kultury. P: I stąd na waszej trzeciej płycie pojawiły się polskie teksty?

B.D.: Na pewno jest to wpływ tego co mówił N.G.A. Dick. Oprócz tego mamy też swój poboczny zespół Gwiazdy, w którym zaczęliśmy śpiewać po polsku. Nasz angielski nie jest tak dobry, żeby wzbijać się na abstrakcyjne niuanse, trzeba to naprawdę czuć, żeby w kliku słowach zawrzeć parę zdań. Zaczęliśmy więc pisać po polsku, co okazało się trudne, bo czujesz wtedy większą odpowiedzialność, za to co napiszesz. Długo pracowaliśmy nad tymi tekstami i była to dla nas niezła przygoda. Po angielsku pisało się łatwiej. Może następna płyta będzie cała po polsku?
Fot: Patryk Ogorzałek

Chcieliśmy zapytać o utwór “Pieśń o bohaterze”. Czy jest to aluzja do odejścia Andrzeja Leppera z polityki?

J.D.: Nie. Kompletnie odcinamy się od polityki. Nie zależy nam na tym. Ten numer nawiązuje do historii Dick4Dick. Z moim dojściem do zespołu zakończył się jakiś etap i część supermocy odeszła (śmiech).

N.D.: Jest to piosenka o nas, o przemijaniu, o tym, że dopada nas czas ale zaczynamy to akceptować. Chodzi o to, żeby nie trwać usilnie w jednym wizerunku, czy pracy, która zaczęła Ci uwierać. Gdybym ciąglę miał zgrywać maczo i eksplorować sferę penisa i libido, to czułbym się jak bohater filmu “Wrestler”, który po czasach świetności stał się swoją własną karykaturą.

Powrócmy do tematu wsi. Niedawno nową płytę, nagraną również poza miastem, wydał zespół Hey. Wy tworzyliście na wschodzie Polski, w małym Hadynowie. Co ma takiego szczególnego polska wieś, że zbawiennie wpływa na polskich artystów?

J.D.: Na wsi można się wyciszyć. My byliśmy na prawdę bardzo daleko od miasta, a najbliższą miejscowością były Łosice, gdzie znajdował się sklep spożywczy i kościół. Człowiek zmuszony był skupić się wyłącznie na pracy. A jednocześnie otoczenie liści, mrówek, ptaszków i żabek, sprowokowało jakieś nieoczekiwane pomysły, które w mieście na pewno nie przyszłyby do głowy. Cóż mogę powiedzieć? Na wsi jest super.

W wywiadzie dla Onetu z 2008 roku mówiliście, że planujecie zrobić rock operę. Moglibyście zdradzić coś więcej na ten temat?

N.D.: Temat niestety umarł. W związku z kryzysem obcięli nam budżet w Teatrze Kapitol i teraz nie wiadomo czy uda się to zrobić. Mieliśmy już cały scenariusz i byliśmy w to mocno zaangażowani. W rock operze miała być przedstawiona historia Dick4Dick, która działaby się gdzieś w nieokreślonej przyszłości, kiedy jesteśmy już totalnie upadłym zespołem po czasach świetności. Światem rządziłby dyktator kreujący bezguście. Jest to historia o tym, jak z powrotem łączymy się, aby dokonać czegoś, co tak na końcu nam się i tak nie udaje. Wszystko w scenariuszu było bardzo przewrotne i dziwaczne.

B.D.: Miały być tam też rzeczy, które w naszym mniemaniu będą kiedyś istnieć, jak na przykład tatuaże na wątrobie czy tego typu rzeczy, które za 200-300 lat będą dostępne. Dyktatora miał zagrać Leon Dziemaszkiewicz – bardzo barwna postać. Całość miała być bardzo napompowana i dlatego wymagało to wielkiego budżetu. Nie chcieliśmy robić czegoś byle jak, tylko zrobić wielki hollywoodzki show.

N.D.: Teraz, jak sobie to wszystko przypominam, to zaczynam żałować, że nie doszło do skutku.

Ostatnio otworzyliście blog muzyczny, na który dodajecie utwory stworzone gdzieś w zamierzchłej przeszłości, kiedy zespół Dick4Dick był jeszcze w powijakach. Czy w najbliższym czasie możemy spodziewać się aktualizacji na dickiedreams.blogspot.com?

B.D.: Oczywiście, że tak. Jeśli tylko nam się coś przypomni, to wrzucimy dany utwór na blog. Jest to taki "frozen time" – swoista tablica, gdzie przyklejamy znalezione kamyczki i patyczki z różnych miejsc. Te remixy powstawały w spontaniczny sposób. Ze Ś.P. Dickiem Dexterem (Adam Hryniewiecki – perkusista, zrezygnował z gry w zespole – przyp. red.) przechodziliśmy dziwny etap w swoim życiu. Nazywaliśmy go "Żołądkowy Gorzki". Wyglądało to tak: codziennie przychodziłem do niego z wódką i dziewczętami, tam wysłuchiwaliśmy ciągle tych samych kawałków, od czasu do czasu tworząc coś swojego. Miałem wtedy okres samotności i zerwania z łańcucha. Po prostu korzystałem z życia (śmiech).

J.D.: Chciałem Was na koniec zapytać czy wytniecie za każdym razem nazwę Dick4Dick z wywiadu kiedy się pojawi?

Nie. Skąd ten pomysł?

J.D.: Telewizja TVN promując trasę “Trójka Tour”, na której graliśmy z Gabą Kulką i Czesławem Mozilem, wycięła naszą nazwę ze spotu reklamowego. Ojcowie założyciele TVN doszli do wniosku, że Dick4Dick to nazwa, która obraża. Wycięto więc nazwę i przedstawiono nas jako gościa specjalnego.

W takim razie właśnie przeprowadziliśmy wywiad z zespołem Gość Specjalny.

(wywiad ukazał się w miesieczniku studenckim Pressja 12.2009)

Wywiad: Czarno-Czarni - Recepta na pękające szkliwo

Niewiele jest w Polsce tak charakterystycznych zespołów jak Czarno-Czarni. Grupa, która powstała jako poboczny projekt muzyków zespołów Big Cyc i Bielizna zafascynowanych brzmieniem lat 60., w krótkim czasie stała się suwerennym tworem. W listopadzie 2009 roku Czarno-Czarni wydali swoją piątą płytę „Nudny świat”. Z tej okazji porozmawiałem z wokalistą zespołu – Jarkiem Janiszewskim i basistą – Dżej Dżejem.

Fot: Piotr Lis (materiały prasowe)


W 2009 roku wyszła nowa płyta Bielizny i wznowienie jej dwóch pierwszych płyt. Doczekaliśmy się też nowego albumu Czarno-Czarnych. Czy rok 2009 był rokiem Jarka Janiszewskiego?

Jarek Janiszewski: Tak się dziwnie ułożyło, że dwie płyty z moim udziałem ukazały się obok siebie. Odstęp czasowy powinien być znacznie większy, ale rozmowy z firmami fonograficznymi były drażniąco żałosne. Zarówno Czarni jak i Bielizna od dawna nie mieli nowych płyt na rynku, stąd presja, aby o sobie przypomnieć. Czy to był mój rok? Nie miałem takich ambicji. Najważniejsze to trzymać odpowiednio wysoki poziom swoich dokonań. Mam nadzieję, że oba zespoły pozytywnie wyróżniają się na tle rodzimych wykonawców, którzy bardzo często tworzą teksty, od których pęka szkliwo na uzębieniu.

Na nowy album Czarno-Czarnych fani musieli czekać aż pięć lat. Co się stało? Z tego, co kojarzę to klip do promującego płytę utworu „Nudny świat” pojawił się w sieci już w 2007 roku.

Dżej Dżej: Piosenkę "Nudny Świat" nagraliśmy wcześniej, bo była to nasza propozycja na festiwal w Opolu. Nie mieliśmy wtedy pojęcia, że będzie to utwór tytułowy na nowej płycie. Numer przepadł na festiwalu, a koncepcja nowego wydawnictwa zmieniała się dość często. Musieliśmy odczekać jakiś czas, by nabrała właściwego kształtu. Chcieliśmy by nowy album był spójny stylistycznie.

Czy wciąż, jak na początku działalności, nagrywacie płyty na sprzęcie z epoki czy jednak korzystacie z dobrodziejstw nowoczesnej technologii?

D.D.: Staramy się chociaż nie jest to proste. Studia są dziś bardzo nowoczesne, a nasze brzmienie to stylizacja na dźwięki z lat 60. nagrywane w bardzo prosty sposób na urządzeniach lampowych. To trudne do odtworzenia. Korzystamy na przykład z bardzo starego urządzenia klawiszowego Ace Tone, które odkupiliśmy od Tercetu Egzotycznego.

Jak w ogóle udało się wam zdobyć tak interesujących gości na „Nudnym świecie”? Interesujący jest zwłaszcza brawurowy udział Urszuli.

D.D.: To są oczywiście kontakty prywatno towarzyskie. Nagrywamy z osobami, które lubimy i które lubią nas. Stąd udział Ani Rusowicz, Urszuli czy Holly Shepherd. Zasada jest taka, że musimy nadawać na jednakowych falach, inaczej z takiej współpracy nie wychodzi nic dobrego.

Pytanie do Jarka Janiszewskiego. Według jakiego klucza rozdzielane są teksty, tzn. który pójdzie do Bielizny, a który do Czarno-Czarnych. Czy jest tak, że bardziej poważna twórczość prezentowana jest w Bieliźnie, a lekkie, zabawne teksty idą do Czarno-Czarnych?

J.J.: Przy pisaniu tekstów obowiązuje jeden klucz – muzyka. To ona jest główną inspiracją. W przypadku Bielizny twarde riffy skłaniają do bardziej zakręconych ujawnień. Konwencja Czarno-Czarnych to zdecydowanie bardziej pogodne klimaty. Zawsze jednak staram się, aby nawet  błahe, miłosne tematy, były podane w sposób charakterystyczny tylko dla mnie. Nie dzielę tekstów na wesołkowate i zakręcone. Zawsze przystępuję do pisania, kiedy gotowy jest materiał dźwiękowy. Jestem bardzo krytyczny w stosunku do swoich dokonań. Zanim zaakceptuję ostateczną wersję tekstu, kilka kartek ląduje w koszu. Mam nadzieję, że oba moje zespoły sprawiają przyjemność odbiorcom. Najpierw można popaść w melancholię przy Bieliźnie, a potem powoli wracać do siebie przy Czarno-Czarnych.

(wywiad ukazał się w miesięczniku studenckim Pressja 12.2009)

Wywiad: Kazik Staszewski i Wiesław Weiss - Powtórne narodziny Kultu

We wrześniu 2009 roku ukazała się płyta „Hurra” – premierowy krążek ekipy Kazika Staszewskiego – a w listopadzie książka „Kult. Biała Księga – czyli wszystko o wszystkich piosenkach”. „Biała Księga” to prawie sześćsetstronicowy, bogato ilustrowany album zgłębiający całą historię i twórczość Kultu autorstwa redaktora naczelnego czasopisma „Teraz Rock” Wiesława Weissa. O Kulcie i pracach nad książką z Kazikiem Staszewskim i Wiesławem Weissem rozmawiał Sylwester Zimon.

Fot: SZ

Jak wyglądały prace nad „Białą Księgą”? Słyszałem o jakichś kosmicznych ilościach nagranych wywiadów, które się na nią złożyły.

Wiesław Weiss: Nagrań rzeczywiście było sporo. W tej chwili już nie pamiętam dokładnie, ale było tego jakieś dwieście pięćdziesiąt godzin. W zasadzie wszystkie te rozmowy bardzo starannie spisałem. Z samym Kazikiem rozmawiałem jakieś osiemdziesiąt godzin. Z Jankiem Grudzińskim czterdzieści godzin. Z Morawcem chyba dziesięć godzin, ale więcej by się chyba nie dało. Oczywiście było to rozłożone na wiele spotkań (śmiech). Różnie to było. Samych muzyków Kultu z różnych składów wychodzi około dwadzieścia osób, a rozmawiałem też z różnymi innymi osobami: z Jerzym Zalewskim – reżyserem filmu „Tata Kazika” – z Anią – żoną Kazika – z realizatorami nagrań czy z szefami wytwórni płytowych, które wydawały Kult. Jednak nie wszystkich muzyków udało się znaleźć. Nie znalazłem Tadeusza Kisielińskiego – perkusisty jednego z pierwszych składów Kultu.

Jak to jest możliwe złożyć tyle materiałów w spójną całość?

WW: Ciężko było, ale jakoś się udało (śmiech). Prace nad książką trwały długo, bo jakieś półtora roku. Chociaż z drugiej strony to nie tak wiele, bo Leszek Gnoiński, który napisał ostatnio skromniejszą objętościowo książkę o zespole Myslovitz zwierzył mi się, że pracował nad nią cztery lata.

Kazik Staszewski: Chciałbym dodać, że pomysł napisana książki padł ze strony Wieśka w grudniu 2007 roku, więc przejście od pomysłu do przemysłu zajęło nam dwa lata. Od razu podszedłem do „Białej Księgi” z dużym entuzjazmem. Postawiłem tylko jeden warunek, żeby książkę wydało wydawnictwo mojego syna (Kosmos Kosmos – przyp. S.Z.), co się udało.

Może warto pójść teraz krok dalej i napisać książkę „Wszystko o wszystkich piosenkach Kazika”?

KS: Od razu zaświtał mi w głowie taki pomysł, ale dajmy sobie teraz trochę luzu. Chciałbym, żeby coś takiego nastąpiło w przyszłości. Musimy poczekać. Tak samo, jak musimy teraz poczekać na jakąkolwiek moją nową płytę. Nagranie „Hurry” kosztowało mnie sporo wysiłku, zwłaszcza, że przyjąłem na siebie wiele obowiązków, w których byłem absolutnym debiutantem (Kazik był producentem płyty – przyp. S.Z.). Z kolei, mimo, że Wiesiek był główną siłą sprawczą książki, to też przy niej uczestniczyłem. Teraz się trzeba trochę poopierdzielać żeby z nową energią przystąpić do robienia nowych rzeczy.

Chciałbym się dowiedzieć, dlaczego na płycie „Hurra” nie pojawiła się książeczka z tekstami? Czy to znak, że muzyka jest ważniejsza od słów?

KS: Stoję na stanowisku, że piosenka to piosenka. To nie jest wiersz wyrwany z kontekstu muzycznego, który można czytać. Za wyjątkiem płyty „Your eyes”, nad której stroną artystyczną czuwał Marek Kościkiewicz i Bartek Szałański, który robił okładkę i zamieścił teksty, na co nie zwróciłem wtedy uwagi. To na żadnej płycie Kultu nie pojawiły się teksty. Piosenka jest do słuchania z muzyką. Zresztą, w miarę wyraźnie śpiewam. Jedna z koleżanek mojej mamy mówiła, że wyraźniej ode mnie śpiewa tylko Michał Bajor. Teksty pojawiły się jeszcze na płytach z piosenkami mojego ojca, ale to nie jest zwyczaj żebyśmy je drukowali. Ale jeżeli ktoś chce poczytać to odsyłam na naszą półoficjalną stronę staszewski.art.pl gdzie można znaleźć wszystko.

Ostatnimi czasy było głośno o wypłynięciu płyty „Hurra” przed premierą do Internetu. Czy wydanie „Białej Księgi”, która kosztuje 150 złotych, jest próba rekompensaty za straty wynikłe z kradzieży płyty?

KS: Chciałem dodać, że to właśnie w Rzeszowie nasza płyta poszła w sieć. Książka nie jest żadną rekompensatą, bo mimo tego incydentu płyta Kultu sprzedaje się rewelacyjnie. Firma, z której nagrania wyciekły, poczuła się w obowiązku zrekompensowania nam wszystkich szkód, jakie wynikły do momentu premiery. Po premierze to już nie kontroluje się podobnych historii. „Biała Księga” jest próbą napisania w pełni skończonego kompendium wiedzy o Kulcie i wyłącznie o to nam chodziło.

No właśnie. Wydaliście nową płytę. Teraz jest książka, która podsumowuje całą działalność Kultu. Niektórzy mogą się obawiać, że może to być oznaka końca zespołu.

KS: Nie. Większość ludzi chwali naszą ostatnią płytę, co mi schlebia. „Biała Księga” to absolutnie fantastyczna pozycja literacka i albumowa. To są jakby nasz powtórne narodziny. To dopiero początek Kultu.

(wywiad ukazał się w miesięczniku studenckim Pressja 11.2009)

Wywiad: Alex Carlin - Rock'n'rollowy rekord Guinessa

Chodząca szafa grająca, niereformowalny obieżyświat – te określenia jak ulał pasują do pewnego Amerykanina, od dziewięciu lat mieszkającego w Polsce. Ktoś pomyśli: co za wariat? Z USA do Polski? Alex Carlin udowadnia jednak, że wariatem nie jest, choć tytuł pozytywnie zakręconego artysty na pewno do niego pasuje. Gdy jako absolwent słowianistyki opuszczał swoją rodzinną Kalifornię, zapewne nie miał pojęcia, jak dziwnie potoczy się jego życie. Będąc jeszcze w USA, koncertował z wieloma zespołami: Psycotic Pinneaple, The Rubinoos czy Rut Host. Ze swoją gitarą odwiedzał też najdziwniejsze i bardzo odległe krainy, jak Syberia, czy Ural. W końcu trafił do Polski, a ta spodobała mu się na tyle, że osiedlił się w Krakowie. Choć termin „osiedlił” wydaje się tutaj być mocno przesadzony. Alex Carlin przemierza bowiem nasz kraj wzdłuż i wszerz, dając niezapomniane, a co najważniejsze długie solowe koncerty. 

 21 czerwca 2009 roku Alex postanowił podjąć się nie lada wyzwania. Podczas solowego koncertu w Radomsku pobił Rekord Guinessa, grając nieprzerwanie przez 32 godziny, zawstydzając tym samym Kanadyjczyka o pseudonimie Gonzales, który mógł pochwalić się jedynie skromnymi 25 godzinami. Z Alexem Carlinem rozmawiali Artur Gaweł i Sylwester Zimon.


Podczas bicia rekordu Guinessa, grałeś na gitarze niewyobrażalnie długo, bo aż przez 32 godziny. Jak to wytrzymałeś?

Alex Carlin: Dla mnie to normalne. Można powiedzieć, że na gitarze gram cały czas. Te trzydzieści dwie godziny, to tak na prawdę nie tak dużo, jak myślisz. Cały problem polegał na samych zasadach pobicia rekordu. Miałem tylko trzydzieści sekund przerwy pomiędzy piosenkami, musiałem być cały czas skupiony i skoncentrowany. Przez trzydzieści dwie godziny możesz grać bluesa na pianinie, ale śpiewanie i granie rocka to ogromna presja.

Czy Twój występ poprzedzały jakieś specjalne przygotowania?

A.C.: Można powiedzieć, że życie przygotowało mnie do tego. Mieszkam w Krakowie i zdarza się, że całą noc gram w różnych knajpach. To moja codzienność. Inna sprawa to wymagania rekordu Guinessa. Nie mogłem zagrać tego, co nagle przyszło mi do głowy, bo widzowie musieli wiedzieć, jaką piosenkę będę wykonywał. Miałem listę utworów, którą musiałem stworzyć, a znajdowało się w niej ponad pięćset piosenek. Przez pierwsze dwanaście godzin zaprezentowałem wszystkie kawałki Beatlesów i choć miałem listę ich utworów, musiałem cały czas być w gotowości żeby pamiętać wszystkie.

Dlaczego wybrałeś akurat Polskę i Radomsko do pobicia tego nietypowego rekordu ?

A.C.: Radomsko to niesamowite i wspaniałe miejsce, łącznie z właścicielem który miał ogrom spraw do załatwienia w związku z organizacją koncertu. Powiedział mi: „Alex, po prostu graj, a ja zajmę się resztą”. Co do organizacji, ciekawostką było to, że przez cały koncert na widowni musiało być minimum dwóch widzów, pielęgniarka i pomocnik. Co każde cztery godziny widzowie zmieniali się, a jedna zmiana liczyła trzydzieści dwie osoby. Wszystko było filmowane. Musieliśmy mieć dowód, że coś takiego faktycznie się wydarzyło. Oczywiście mogłem pobić ten rekord w Londynie, czy w Nowym Jorku, ale uznałem, że najlepiej będzie w Polsce, w małym mieście z fajnymi ludźmi, gdzie jest świetna atmosfera. Dużym zainteresowaniem wykazała się też polska prasa, telewizja i portale internetowe.

Co zrobisz jeśli w przyszłości ktoś pozbawi Cię tytułu rekordzisty? Zagrasz kolejne czterdzieści godzin na gitarze bez przerwy, żeby odzyskać trofeum ?

A.C.: Pobić mój rekord to nie problem. Ale jeśli ktoś zrobi to grając bluesa na pianinie to nie będę pod wrażeniem. Oprócz gry na instrumencie, musi także śpiewać.

Twój repertuar podczas radomskiego koncertu w lwiej części wypełniały utwory The Beatles. Jesteś oddanym fanem tego zespołu?

A.C.: Tak, to prawda, jestem wielkim fanem Beatlesów. Przez pierwsze dwanaście godzin sporządziłem listę wszystkich ich piosenek od A do Z i oczywiście je zagrałem. Są to utwory tak wysokiej jakości, że podczas gry wprowadzały mnie w stan mistycyzmu. Pozostałe dwadzieścia godzin wypełniały kawałki Hendrixa, Metalliki, Led Zeppelin czy nawet Dżemu. Natomiast „No Sleep Only Rock’N’Roll” to była ostatnia piosenka, którą zaprezentowałem. Polska telewizja nagrała właśnie ten moment gdy pobijałem rekord. Cieszę się z tego, bo wyszło na to, że gram też swoje utwory, a nie same covery.

No właśnie. Napisałeś utwór zatytułowany „No Sleep Only Rock'n'Roll”. Bezsenność i gra na gitarze to Twoje życiowe motto?

A.C.: Czasem myślę, że „No sleep only rock’n’roll” to termin, który faktycznie do mnie pasuje. Jednak z czasem staje się to moim przekleństwem. Zdarza się, że naprawdę nie śpię, bo muszę dojechać do innego miasta. Ale zawsze dobrze się bawię i tak na prawdę nie jest to dla mnie problemem.

Dlaczego zdecydowałeś się opuścić Stany Zjednoczone i przyjechać do Polski?

A.C.: Opuściłem USA z pięcioma kumplami, którzy chcieli zobaczyć Amsterdam. Było bardzo wiele powodów, dla których opuściłem USA. Podam Ci prosty przykład: w Kalifornii wszystkie bary zamykają o drugiej w nocy. Hamuje to twoją imprezę, a dla mnie najlepsza atmosfera jest o trzeciej, czwartej czy piątej godzinie. Ja jestem nocnym Markiem i lubię się bawić dłużej niż wszyscy. Kiedy siedzisz z kolegami i piszesz w tym czasie nowe kawałki, nie potrzebujesz prawa, które nakazuje Ci opuszczenie lokalu. W Europie, zwłaszcza wschodniej, jest zupełnie inaczej. Masz o wiele więcej swobody.

Zamierzasz zestarzeć się w Polsce i zostać tu aż do śmierci? Czy możliwy jest Twój powrót do USA?

A.C.: Odwiedzam USA. Lubię na przykład Nowy Jork, ale wolę Kraków i inne polskie miasta. Nie gorzej jest w Czechach, grałem też w Niemczech, na Ukrainie a nawet na Syberii.  W Europie wszystko jest blisko siebie i możesz przeskakiwać z jednego miejsca na drugie. Nie mam ochoty na zmiany i naprawdę lubię mieszkać tutaj. W Ameryce jesteś odizolowany i ciężko Ci wrócić do Europy. Tutaj masz o wiele więcej możliwości wyboru i wolności.

Twoje plany na przyszłość wiążą się permanentnie z karierą solową?

A.C.: Oczywiście. Kończę właśnie nagrywanie płyty, na której znajdzie się 12 utworów. Cały czas rozwijam powiązania z barami, klubami i gram prawie codziennie. Koncertuje w wielu krajach i chcę wnikać w to jeszcze głębiej.  Planuję występy w Bułgarii, a także innych miejscach, chcę też nagrać więcej nowych utworów, także po polsku. W Polsce ludzie lubią muzykę, dobrze odbierają blues i naciskają żeby grać więcej i więcej. Kiedy przychodzę do domu, zastanawiam się co stanie się wieczorem i zawsze jest to samo. Wychodzę do klubu i gram. W innych krajach tak nie ma. Polacy są bardzo związani z muzyką.


(wywiad ukazał się w miesięczniku studenckim Pressja 10.2009)


Wywiad: Nazareth - Nie jesteśmy dinozaurami rocka

Rzadko zdarza się, że do Rzeszowa przyjeżdżają legendarne hard rockowe zespoły. Powstały w 1968 roku szkocki Nazareth zagrał w Rzeszowie dwa dobre koncerty –  1 i 3 września 2009 roku. Pomimo ponad czterdziestu lat rockowego stażu, emeryci z Nazareth byli w dobrej formie. Chociaż na scenie są bardzo statyczni, to pokazali klasę i warsztat, których wiele muzyków może im tylko pozazdrościć.

Poniżej przedstawiam zapis konferencji prasowej z 31 sierpnia 2009 roku. Na pytania dziennikarzy odpowiadali wokalista Dan McCafferty i basista Pete Agnew, grający w Nazareth od początku istnienia zespołu.

Horns up with Dan McCafferty

To już piąta wizyta Nazareth w Polsce. Jakie wrażenie wywarł na was nasz kraj?

Dan McCafferty: Byliśmy już tutaj kilka razy i zawsze jest wspaniale. Teraz Polska wygląda zupełnie inaczej niż w 1984 roku, gdy przyjechaliśmy tu po raz pierwszy. Na koncertach stali z tyłu goście w skórzanych płaszczach. Może to było KGB? A obecnie, nie wiem czy macie dobry rząd, ale ludzie są świetni. Zawsze mamy w Polsce dobrą publikę.
Pete Agnew: Po tych wszystkich wizytach wciąż z polskich słów znam tylko „Nazaret” (śmiech).

1 września zagracie w Rzeszowie kameralny koncert dla stu osób w restauracji Hotelu Imperium. Koncert połączony z kolacją i występami rewii tanecznej. Graliście już kiedyś w takim miejscu?

DM - To dziwaczny pomysł (śmiech). Nie przywykliśmy do takich sal. Ale nie jest dla nas ważne czy gramy dla stu czy dziesięciu tysięcy widzów. Zawsze staramy się zagrać jak najlepiej i dać z siebie wszystko.

Nazareth istnieje nieprzerwanie od 1968 roku. Kto zatem przychodzi na wasze koncerty? Pięćdziesięcioletni panowie czy osoby w wieku waszych dzieci?

PA – Na nasze koncerty przychodzą zarówno ludzie starsi, pamiętający nas z dawnych lat, jak i młodzież. Zdarza się, że gramy piosenki piętnaście lat młodsze od naszych fanów. Oprócz starych hitów gramy też nowe kawałki. Ale zawsze znajdzie się jedna zawiedziona osoba, która do nas przyjdzie po koncercie i powie eh nie zagraliście mojej ulubionej piosenki. Z góry przepraszamy (śmiech).

Waszą najbardziej rozpoznawalną kompozycją jest romantyczna ballada „Love hurts”. Nie czujecie się trochę dziwnie, że hard-rockowy zespół kojarzony jest z tak spokojnym utworem?

DM – Nigdy nie chcieliśmy nagrywać słodkich ballad, to nie my napisaliśmy tę piosenkę (jest to cover The Everly Brothers z 1960 roku – przyp. S.Z.). „Love hurts” to b-side z singla, który wyszedł jedynie na amerykańskiej wersji płyty „Hair of The dog”. Zresztą, oprócz naszej wersji tego utworu jest jeszcze ze czterdzieści innych.

Wydaliście dwadzieścia osiem płyt. Jaka jest wasza ulubiona? Dla wielu fanów waszymi szczytowymi osiągnięciami są „Razamanaz” i „Hair of the dog” z lat 70.

DM – Są też fani, którzy lubią wszystkie nasze płyty. A na dzisiaj to „The Newz” – nasze najnowsze dzieło – jest moją ulubioną płytą. Jest bardzo różnorodna. Ale kiedy nagrywaliśmy „Razamanaz” w 1973 roku, czy „Hair of the dog” w 1975 roku, to też czuliśmy, że to świetne płyty. Wiedzieliśmy wtedy, że nagraliśmy coś wielkiego. Dobra płyta to wynik iskrzenia między ludźmi z zespołu, a producentem. Brakowało tego na przykład przy „The Catch”. Poza tym, Nazareth nie jest zespołem, który ogląda się tylko wstecz na to, co zrobił przed laty. Staramy się ciągle tworzyć coś nowego. Nie jedziemy na tym, że nasza nowa płyta to syn „Razamanaz”, a następna to wnuk itd.

Słuchając starego Ac/Dc czy Guns’N’Roses nie sposób nie porównać waszego śpiewu. Czy czujesz się jakby ci wokaliści kopiowali twój styl?

DM – Axl Rose i Bon Scott z Ac/Dc nie kopiuję mojego śpiewu. Obydwoje są wspaniałymi wokalistami ze swoim własnym charakterystycznym stylem.

Pete, od 1999 roku w Nazareth na perkusji gra twój syn. Jak to jest grać razem ze swoim dzieckiem w rockowym zespole?

PA – Czwórka moich dzieci to muzycy i często grywamy razem w domowym studio. Mój syn bębni teraz w Nazareth. Nie traktuję go wtedy, jako syna, ale muzyka z zespołu.

Gracie już od czterdziestu jeden lat. Czujecie się dinozaurami rocka?

PA – Led Zeppelin są dinozaurami rocka. Oni i inne starsze od nas zespoły z lat 60., których już nie ma. Żeby być dinozaurem trzeba wyginąć. My żyjemy, więc jesteśmy tylko legendami rocka (śmiech). Chociaż Rolling Stones to też dinozaury, ale jeszcze grają. Te zespoły sprzedają poza tym najwięcej biletów. Na koncert Led Zeppelin w 2007 roku, aby kupić bilety zarejestrowało się dwadzieścia milionów osób. Dwadzieścia milionów! Popularne obecnie zespoły sprzedają po trzy tysiące biletów.

Nazareth jest jednym z niewielu szkockich zespołów, które zrobiły światową karierę. Czy jesteście szkockimi patriotami?

DM – Nie spędzamy za wiele czasu w Szkocji, bo gramy ponad setkę koncertów rocznie. Ale zawsze wracamy do domu na Święta. Lubimy szkocką tradycyjną muzykę. Chyba każdy lubi folklor własnej ojczyzny. Ale w Szkocji mamy okropną pogodę ciągle wieje i leje. Nie moglibyśmy tam zagrać w plenerze, tak jak w Rzeszowie na rynku. Ale za to mamy dobrą whisky.

W 2008 roku portal internetowy Galaxy Scotland przeprowadził plebiscyt na najbardziej seksownego Szkota. Do pierwszej dziesiątki nie trafił nikt z Nazareth. Dlaczego?

DM – Nie ma mnie tam, bo po prostu jestem brzydki (śmiech).

(relacja ukazała się w miesięczniku studenckim Pressja 09.2009)