Kozak System i PodobaMiSię - recenzje nowości z Lou & Rocked Boys

Lou & Rocked Boys to obecnie najbardziej płodne wydawnictwo zajmujące się zespołami z szeroko pojętej sceny alternatywnej. ODC, Molly Mallone's, Haydamaky, Paihivo to tylko niektóre z premier, które w ostatnich tygodniach wrocławska firma wypuściła na rynek. Wśród nich znalazły się też dwie płytki, które ostatnio wpadły mi w ręce - solidny debiut ukraińskiego folk-rockowego Kozak System oraz drugą w dyskografii płytę grającej wesołe ska grupy PodobaMiSię, która nie do końca podoba mi się. Moje recenzje tych płyt znajdziecie na portalu irka.com.pl, który objął patronatem oba albumy.

Recenzja Kozak System "Shablia" Lou & Rocked Boys, Luty 2013.
Recenzja PodobaMiSię "Zabiorę Ciebie tam" Lou & Rocked Boys, Luty 2013. 


W najbliższą środę między 17:00 a 17:30 opowiem o jednej z tych płyt w audycji Studenckie Studio Polskiego Radia Rzeszów.

Nowe Strachy Na Lachy i UK Subs

W lutym pojawiły się nowe płyty dwóch zasłużonych kapel - klasyków angielskiego punk rocka z UK Subs oraz rodzimych Strachów Na Lachy. Dwa bardzo przyzwoite krążki, a takie kawałki jak "Las Vegas wedding" Subsów czy Strachowy "Bankrut... bankrutowi" zostają w głowie na dłużej. Recenzje płyt znajdziecie na portalu irka.com.pl, poniżej linki:

Recenzja Strachy Na Lachy "!TO!" SP Records, Luty 2013.
Recenzja UK Subs "XXIV" Captain Oi, Luty 2013.


W najbliższą środę między 17:00 a 17:30 opowiem o jednej z tych płyt w audycji Studenckie Studio Polskiego Radia Rzeszów.

Wywiad: Bracia Figo Fagot - Rock'n'rollowi disco-polowcy

Debiutancka płyta zespołu Bracia Figo Fagot „Na bogatości” wstrząsnęła polskim rynkiem muzycznym. Grupa, która parodiuje nurt disco-polo i jest realną kontynuacją postaci z serialu „Kaliber 200 volt”, z dnia na dzień wdarła się na listy najlepiej sprzedających się płyt w Polsce i z powodzeniem koncertuje w całym kraju. Co jest tajemnicą fenomenu Braci? Wąsy? Teksty o Cyganach i seksie? A może sentyment publiczności do disco w rytmie polo? Tego wszystkiego starał się dowiedzieć Sylwester Zimon, który wziął na spytki Figo i Fagota, czyli 100% składu Braci Figo Fagot.

Fot: materiały prasowe.

Sylwester: Wasz wydawca, Sławek Pietrzak z SP Records, reklamował Waszą płytę stwierdzeniem, że jesteście jedynym działającym obecnie zespołem punkowym. Pomimo, że gracie disco w rytmie polo. Czujecie się muzycznymi buntownikami?

Figo
: Czy muzycznymi to nie wiem… Idziemy pod prąd. Zawsze. Jesteśmy krnąbrni w ogóle, nie tylko muzycznie!

Fagot: Ja bym powiedział, że bardziej stoimy niż idziemy. Czyli zgadza się – nie płyniemy z prądem.

Popularność Waszej muzyki i spora sprzedaż płyt dla wielu może być totalnym zaskoczeniem. Co Wy o tym sądzicie?

Figo:
Dla mnie to nie było zaskoczenie. Jak tylko powiedzieliśmy, że wydajemy płytę to zawrzało.


Fagot: Jakie zaskoczenie? Miała być złota płyta, a tu co? Trzy miesiące minęły i dopiero się do niej zbliżamy.

Podobno disco polowcy wożą się najlepszymi furami i mają kupę szmalu. Inspirowało Was to do wydania Waszej serialowej muzyki na płycie czy to raczej potrzeba serca zdecydowała o wydaniu tego w formie fizycznej?

Figo:
Bogatość nie była inspiracją. Serca też bym w to nie mieszał. Jakoś tak wyszło po prostu. Zastanawialiśmy się, co by było, jakbyśmy popchali ten wózeczek disco dalej. Tak go pchamy, że aż nam łapy spuchły!


Fagot: Furami wozimy się średnimi, a mimo to planujemy kolejne koncerty. Jest elegancko.

Słuchając waszych tekstów dochodzę do wniosku, że życie muzyka disco polo to tylko alkohol, imprezy i przygodny seks. Może to właśnie muzycy disco polo kultywują teraz tradycje rock’n’rollowego trybu życia, bo patrząc na dzisiejszy rock to rock’n’rollowców tam raczej nie uświadczysz. Co o tym myślicie?

Figo:
Nawet naszym hasłem podczas tras koncertowych jest rock’n’roll! Elegancja francja i Figo Fagot to jest styl życia, a nie sama muzyka. Może ci obecni rock’n’rollowcy nie są true (śmiech).


Fagot: Nie mogę nic powiedzieć, bo jeszcze żona przeczyta (śmiech). Z tego, co zaobserwowałem to faktycznie trasy Figo Fagot są bardziej rokendrolowe niż trasy kolegów z rockowych kapel.

Zauważyliście na Waszych koncertach fanów klasycznego disco polo?

Figo:
Nie-e. Bo to nie jest takie klasyczne disco polo. To jest progresywne polo (śmiech).


Fagot: Zauważyliśmy za to kiboli, punków, skinheadów, dredowców, metali, normalsów. Disco w rytmie polo jednoczy ludzi i to jest eleganckie.

Ciekawi mnie czy próbowaliście wysłać demo do wytwórni zajmującej się disco polo?

Figo:
Zaspokoimy Twoją ciekawość.


Fagot: Nie.

Jak to jest z tymi Cyganami, o których dość często śpiewacie. Skąd ta niechęć?

Figo:
Nie ma żadnej niechęci. Cyganie są po prostu tym, co kojarzy się disco polo. Jest taki cały nurt romski w disco polo. Do samych Cyganów nic nie mamy.


Fagot: Zresztą, dziś prawdziwych Cyganów już nie ma.

To pytanie pewnie nurtuje wielu miłośników disco. Czy będą kolejne piosenki, płyty i koncerty czy Bracia Figo Fagot to raczej krótkotrwały muzyczny projekt?

Figo:
Będą. Nawet już powstała jedna, a do koncertów dorobimy jeszcze ze dwie. To wszystko idzie już na poczet płyty „Eleganckie chłopaki”.


Fagot: No i najważniejsze – film. Po wakacjach zaczynamy prace nad filmem kinowym o braciach Figo Fagot. Muzyka z filmu będzie materiałem na drugą płytę.

Czy to prawda, że Figo zagra Borys Szyc, a Fagota Tomasz Karolak?

Fagot:
Jeżeli już ktoś inny miałby grać Figo i Fagota, to tylko Artur Barciś, jako Figo i Cezary Żak jako Fagot, ale nie, sami zagramy najlepiej.

Każdy szanujący artysta ostatnio wydaje albo biografię albo poradnik. Kiedy można się spodziewać Waszej książki?

Figo
: Przewodnik po elegancji? Niegłupie…


Fagot: Kabinowa Kamasutra? Pomyślimy o tym.

Czy wąsy są naprawdę eleganckie?

Figo:
Wąsy są przede wszystkim eleganckie!


Fagot: Jak będziesz starszy, to sam dojdziesz do takiego wniosku.

(wywiad ukazał się na portalu http://irka.com.pl 15.09.2012)

Wywiad: Anti-Flag - ACTA to krok wstecz

20 marca 2012 roku nakładem Side One Dummy ukazał się nowy album Anti-Flag The general strike. O nową płytę, punk rocka i ACTA Chrisa#2 - basistę i wokalistę grupy - wypytywał Sylwester Zimon.

Fot: Cory Morton (materiały prasowe)

Sylwester: Wasz nowy album nazywa się The general strike. Skąd taki wojowniczy tytuł?

Chris#2: Przede wszystkim The general strike opowiada o prawach człowieka i pracownika. To jest nasza robota na punkowej scenie, aby wspierać równość i wolność. Niezależnie od tego, gdzie dzieje się jakaś rewolucja powinniśmy być tam i ją wspierać. Drugie dno to stawianie oporu wobec spraw, które dołują nas w życiu osobistym. Mówią nam, że bez odpowiedniej pary spodni żadna dziewczyna lub koleś nie będzie chciał się z nami pieprzyć, że bez nowego telefonu każdy będzie myślał, że jesteś frajerem, że bez najnowszych kosmetyków twoja twarz będzie wyglądać beznadziejnie. Jest cała masa osób, które mówią, co jest z nami nie tak. My tylko próbujemy powiedzieć, co z nami jest w porządku.

Możesz zdradzić coś więcej na temat nowej płyty?

12 piosenek. 30 minut. Będzie zajebiście. W porównaniu do naszych poprzednich płyt przy The general strike byliśmy najbardziej skupieni.

Anti-Flag stał się jednym z popularniejszych punkowych zespołów na świecie. Czy punkowcy mogą być gwiazdami rocka czy najlepsze dla punk rocka jest pozostanie w podziemiu i granie w undergroundzie?

Oczywiście odnieśliśmy sukces w wielu częściach świata, ale nie uważam, że jesteśmy "gwiazdami rocka". Anti-Flag zaczęliśmy rozwijać od zera, ale nigdy nie staliśmy się naprawdę wielkim zespołem. Jasne, że zdarza nam się grać na festiwalach, ale na trasie, gdzie zaliczamy festiwale gramy też po drodze w małych, punkowych klubach, gdzie koncerty robi grupa napaleńców. Staramy się trzymać odpowiedni balans. Na festiwalach chcemy dotrzeć do zwyczajnych ludzi i sprawić, że zaczną myśleć i zastanawiać się nad takimi sprawami jak rasizm, seksizm czy homofobia. Pokazujemy, że jesteśmy zespołem, który nie gra wyłącznie muzyki, ale niesie jakiś przekaz. Na punkowych koncertach, każdy wie, kim jesteśmy i czym zajmujemy się jako Anti-Flag i takie koncerty są wspólnym świętem dla nas i dla publiki.

Co jest ważniejsze w punk rocku - muzyka czy teksty?

Dla Anti-Flag zawsze tekst był ważniejszy, ale kim my kurwa jesteśmy, żeby decydować, co w punk rocku jest najważniejsze.

Polską wstrząsnęła ostatnio fala protestów przeciwko ACTA. Co myślisz o tej ustawie?

To jest coś, o czym wciąż staram się dowiedzieć jak najwięcej. Myślę, że sporo z tych praw wymyślają ludzie, którzy chcą odwrócić naturalną kolej rzeczy i spowolnić rozwój technologii. To trochę archaiczne. Żeby zrobić coś wartościowego to trzeba to poprzeć dobrymi, rozsądnymi pomysłami, a nie powinno się wymyślać praw, które nas cofają.


Anti-Flag amerykański zespół punk rockowy z Pittsburga. Grupa powstała w 1988 roku, ale debiutancki album Die for the government wydano dopiero osiem lat później. Obecnie dyskografia Anti-Flag liczy 8 płyt studyjnych. Najnowsza The general strike ukaże się w marcu tego roku. Muzyka grupy łączy melodyjne punkowe granie z hardcore-punkiem i zaangażowanymi politycznie tekstami.

(wywiad ukazał się na portalu
www.punxnotdead.pl 07.02.2012)

Wywiad: CF98 - Pierwsza liga pop-punka

Pomimo tego, że Kraków nie leży w Kalifornii, to pochodzący stamtąd zespół CF98 od lat tworzy czołówkę polskiej sceny melodyjnego, „amerykańskiego” punk rocka. Wydany w kwietniu 2010 roku album „Nic do stracenia” i masa koncertów w Polsce i za granicami potwierdza, że z roku na rok krakowianie są w coraz lepszej formie. Z wokalistką Karoliną Duszkiewicz, basistą Krzysztofem Kościelskim i gitarzystą Karolem Grelą rozmawiał Sylwester Zimon.


Fot. archiwum zespołu

Sylwester: Pierwsze pytanie adresuje do Karoliny. Niby najnowsza płyta nazywa się "Nic do stracenia", a jednak na zdjęciu we wkładce, gdzie chłopaki z zespołu pozują nago, nie poszłaś na całość. Czyżbyś jednak miała coś do stracenia?

Karolina Duszkiewicz: Chodzi o pewien stan, w którym jesteśmy jako zespół z taką, a nie inną przeszłością. To, że wiemy, kim jesteśmy i na czym stoimy. Pokazaliśmy światu to, co stworzyliśmy ryzykując, bo sam wiesz, że nasza nowa płyta to inna jakość. Nie każdy to przełknął, ale nie mamy zamiaru nikomu niczego udowadniać. Tak jak nie będę udowadniać, że moje cycki są okej (śmiech).

Dlaczego odeszliście od śpiewania po angielsku? Nie macie już nadziei na karierę międzynarodową czy są inne powody?

Karol Grela: Karolina napisała pierwszy tekst do "OK". Siadło, spodobało się i uznaliśmy, że tak będzie dobrze. W sprawie "kariery międzynarodowej" moje prywatne zdanie jest takie, że nasze życie codzienne jest największą barierą. Każdy z nas pracuje, grafiki i urlopy pięciu osób ciężko pogodzić, a wycieczki zagraniczne są czasochłonne. Graliśmy kilkakrotnie w sąsiednich krajach, gdzie zawsze jesteśmy przyjmowani z otwartymi rękami. Mimo tego na dzień dzisiejszy ojczyzna jest najważniejsza.

K.D.: Miło jest zobaczyć kawałek świata i poznać nowych ludzi. Ale jesteśmy stąd, mówimy po polsku i chcieliśmy tym razem zrobić coś bardziej dla siebie i dla ludzi z tego kraju. Mieliśmy nadzieję na lepszy odbiór ze strony słuchaczy. Myślę, że to się udało.

2010 rok jest moim zdaniem najważniejszy w Waszej karierze – nowa, najlepsza w Waszym dorobku płyta, występy w Jarocinie, na Coke Festival czy u boku Bad Religion i Billy Talent. Jakie są nastroje w zespole? Czujecie się spełnieni czy to dopiero początek ofensywy CF98?

Krzysztof Kościelski: Zdecydowanie początek! Cieszy nas to, że nie stoimy w miejscu i że jest coraz więcej ludzi, którzy nas znają.

K.G.: Przyjemnie się gra duże imprezy, gdzie wszystko jest tip-top. Jeżeli ta tendencja się utrzyma to morale w zespole będą wciąż rosły. Natomiast nie jest tak, że zapominamy o mniejszych imprezach. Ogólnie walczymy dalej na wszystkich frontach, bo jest nadal mnóstwo do zrobienia.

K.D.: To jest niesamowite przeżycie zagrać u boku takich zespołów i na takich festiwalach, ale nie można dać się zwariować i oderwać od rzeczywistości. Miłe jest to, co nas spotyka, ale mam też satysfakcję z tego, że na to zapracowaliśmy. Nic nie dzieje się bez powodu. Jeśli mówimy o spełnieniu, to czuję je od pierwszej próby z chłopakami w 2003 roku. Brzmi to patetycznie, ale życzę tego uczucia każdemu, kto jeszcze nie wie, do czego został stworzony.

Zastanawia mnie symbolika wielkiego kraba i muszelki na okładce „Nic do stracenia”. Możecie uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić, jaką to ma wymowę?

K.G.: Symbolika jest prosta – my, czyli zespół w postaci chłopca z drewnianym mieczem, kontra całe wszytko, z czym walczymy, jako muzycy i ludzie w codziennym życiu. W tej roli wystąpił wielki krab. Walka jest ciężka i nierówna, ale co mamy do stracenia?

K.D.: A muszelka ma jedynie wartość wizualną (śmiech).

Właśnie. W Waszych tekstach często pojawia się motyw walki. O co walczy CF98, oprócz dostępu Krakowa do morza?

K.D.: Morze odpuszczamy. Wystarczy nam większa ilość słońca.

Recenzja „Nic do stracenia” ukazała się w bardzo młodzieżowym magazynie „Popcorn”. Cieszy Was to czy przeraża?

K.G.: Tak szczerze, dla mnie to obojętne. Jak dzieciak wpadnie na nasz koncert, bo przeczytał recenzję w „Popcornie” i przez to zacznie słuchać rocka innego niż ten z „High school musical” to będę zadowolony.

K.D.: Nawet tak ryzykowna próba dotarcia do kilku dzieciaków jest do przyjęcia.

K.K.: A mnie to cieszy.

Co jest największym sukcesem w historii CF98?

K.K.: Ogrom koncertów, które udało nam się zagrać. Tutaj ukłon dla wszystkich, którzy nam w tym pomogli.

K.D.: Fakt, że wciąż trzymamy się razem i że tworzymy coś z niczego.

K.G.: To, że Alek (założyciel zespołu – przyp. S.Z.) kiedyś do mnie zadzwonił i zwerbował mnie na gitarę do tego bandu (śmiech).

(Wywiad ukazał się w miesięczniku studenckim Pressja - 11.2010)

Wywiad: Maciej Maleńczuk - Ambicja i zobojętnienie

Maciej Maleńczuk to artysta nieprzeciętny. Kiedyś nazywany był bardem Krakowa i buntownikiem. Dzisiaj z łatką skandalisty przemierza Polskę występując z dancingowym repertuarem. O swoich planach, marzeniach i poglądach opowiedział Arturowi Gawłowi i Sylwestrowi Zimonowi.


W jednym z wywiadów powiedziałeś, że zrobiłeś karierę dzięki skandalizującym wypowiedziom, a nie muzyce. W taki razie czy to dobra recepta na sukces dla każdego artysty?

Maciej Maleńczuk: Przede wszystkim trzeba mieć do powiedzenia coś, co będzie na tyle ciekawe, żeby wszyscy później o tym przez parę dni gadali. W latach 90. wymyśliłem ideę psychopopu, którą kontynuuje w Psychodancingu. Chodzi o to, że nie cofnę się przed niczym, przed czym nie cofają się inni. Po prostu będę robił to, co robią inni. Będę używał ich narzędzi do pokazania siebie. Nie cofnę się przed skandalizowaniem w wywiadach, ponieważ nie jestem, aż tak genialny, aby umierać na suchoty. Jest to koncept, który całkiem nieźle się sprawdza. Wolę to niż siedzieć w jakiejś mysiej dziurze i liczyć drobne na jutro.

Zwłaszcza, że dopiero teraz grasz w największych klubach dla tłumu fanów.

M.M.: To świadczy o tym, że pomysł na projekt jest dobry. Ale ci, co byli na koncercie przekonali się, że jeszcze wiele zostało we mnie z tego starego Maleńczuka.

No właśnie, bo można stwierdzić, że „nowy” Maciej Maleńczuk muzycznie bliższy jest Maciejowi Miecznikowskiemu z Leszczy.

M.M.: Próba podejścia do muzyki Leszczy jest taka sama jak i w przypadku Psychodancingu, tylko, że oni wychodzą od strony operetki, a ja od undergroundu. Imponuje mi to, że Miecznikowski zna 450 standardów i w każdej chwili może znaleźć się w dowolnym zespole przygrywającym na statku i jako wokalista doskonale się sprawdzi. Ja znam trochę bluesów, ale to się na dancing nie nadaje…

Występy na statku to plan na przyszłość zespołu Psychodancing?

M.M.: To jest jedno z moich marzeń. Nie wiem jakby to wyglądało grać tak codziennie, przez trzy miesiące. Ja uważam, że każdy muzyk, który przeszedł przez statek, jest zdolny do tego, aby w każdym stanie upojenia alkoholowego wyjść na scenę i zagrać profesjonalnie. Ten, kto nie grał na statku tego nie potrafi. To mi się w tym wszystkim podoba.

Ambitne podejście.

M.M.: Ambicja to moja główna cecha.

W Psychodancingu nie tworzysz wielu własnych kompozycji, lecz grasz utwory innych artystów, które gwarantują sprzedaż płyt i tłumy na koncertach. Jesteś nastawiony wyłącznie na zysk?

M.M.: Tak naprawdę śpiewając utwory starszych wykonawców nabijasz kasę zupełnie zapomnianym autorom piosenek, którzy teraz chodzą o lasce i karmią gołębie. A tu nagle zaskoczenie, bo na konto staruszka wpływa wielka kwota, bo jakiś tam Maleńczuk nagrał cover jego utworu. To jest pewien rodzaj pomocy i okazanie szacunku dla tych twórców. Prawda jest też taka, że ja nie piszę więcej niż trzy, cztery teksty rocznie. Nie jestem zawodowym autorem tekstów. Musiałbym coś przeżyć i to opisać, ale ja już nie chcę tego robić. Mam dość przeżywania (śmiech).

Wydałeś już trzy płyty z zespołem Psychodancing, planujesz coś jeszcze, czy konwencja już się wyczerpała?

M.M.: Nie, w ogóle się nie wyczerpała. Mam już dwie płyty do przodu. Najpierw będą piosenki Włodzimierza Wysockiego w moim przekładzie, a następnie płyta country. Później nagram duet z Krzysztofem Krawczykiem (śmiech).

W Twoich wypowiedziach widzę pewną sprzeczność, z jednej strony wkurzasz się, gdy na Twoje koncerty przychodzą „stare baby”, a z drugiej Psychodancingiem właśnie je przyciągasz. Jak to jest naprawdę?

M.M.: Dziś już tak zobojętniałem, że przestało mnie to denerwować. Ambicja i zobojętnienie, to moje dwie główne cechy (śmiech).

Pozazdrościłeś ostatnio Marcinowi Świetlickiemu kariery pisarza i samemu mierzysz się z napisaniem powieści. Mógłbyś zdradzić coś więcej na ten temat?

M.M.: Po pierwsze napiszę lepiej od Świetlickiego (śmiech). Piszę powieść w odcinkach do „Bluszczu”. Za każdym razem jest to 10.000 znaków, a będą w sumie 24 odcinki. Jest to historia młodego człowieka, który przechodzi przez kolejne etapy stawania się mężczyzną. Generalnie wpada w coraz większe kłopoty, spowodowane tym, że ćwiczy panny te, których nie powinien. Mógłby mieć każdą na tej planecie, ale akurat wybiera tą złą i z tego powodu wynikają coraz nowsze problemy, które z chłopaka, który na samym początku nie był do końca pewny siebie robią prawdziwego mężczyznę. Mam nadzieję przynajmniej. Trzeba wziąć pod uwagę, że w trakcie pisania historia trochę się wymyka. Zdarza się, że jak już opiszę jakąś sytuację, to jedyne logiczne rozwiązanie jest inne niż to, co sobie zaplanowałem, a fajnie poszło, już wysłałem maila i poszło do druku. Ale taki styl pracy podoba mi się najbardziej, bo inaczej pisałbym pięć lat, a tak będę pisał dwa lata.

Wojciech Waglewski zaprosił Cię do udziału w projekcie Męskie Granie. Oprócz Ciebie zobaczyliśmy na scenie wielu znakomitych muzyków, m.in. Stańkę, Możdżera, Abradaba… Jak układała się Wasza współpraca?

M.M.: To całe Męskie Granie… Czułem się tam jak piąte koło u wozu.

To znaczyłoby, że nie jesteś męski…

M.M.: Tak by z tego wynikało (śmiech). Jeśli ktoś silnie akcentuje swoją męskość, to zaczyna się go o coś podejrzewać. Co to znaczy Męska Muzyka i Męskie Granie? Jakie to są akordy? Tylko i wyłącznie durowe? (śmiech) Mam wrażenie, że Wojtek Waglewski ma obsesję na punkcie męskości w muzyce. Ale bardzo go lubię, jest świetnym ojcem i nie zostawia swoich dzieci na lodzie – daje im zarobić.

W 1980 roku za odmówienie służby wojskowej poszedłeś na półtora roku do więzienia, co wywołało akcję „uwolnić Maleńczuka”. Rozpierała Cię duma, czy było Ci to zupełnie obojętne?

M.M.: Dowiedziałem się o tym z pewnym opóźnieniem i byłem z całej akcji dumny. Później, gdy wróciłem na swoje osiedle, to pytano mnie czy czasem nie zwariowałem i nie uważam się za Chrystusa. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że ludzie, a później publika, kompletnie nie zna się na żartach. Podobnie było w przypadku utworu „Jestem Sam”. Tekst traktowaliśmy z przymrużeniem oka, a tu nagle okazuje się, że publiczność nawet łezkę uroni (śmiech).

Według Ciebie „małżeństwo to piekło”, a kobiety to „małe cwaniary”. Dalej podtrzymujesz te słowa?

M.M.: Nadal uważam, że małżeństwo to piekło, a jeśli ktoś ma odchyły satanistyczne to dobrze się w tym kotle czuje. Mój związek wielokrotnie był piekłem. Dlatego dostajesz po 25 latach medal od państwa, że potrafiłeś przez to piekło przejść. Lepiej się nie żenić, uwierzcie mi (śmiech). Zresztą uważam, że całe życie jest piekłem. Niewielu ludzi jest szczęśliwych.

Jesteś znany z tego, że nie grasz za darmo na charytatywnych imprezach. Ostatnio wytknął to chociażby Jurek Owsiak w swojej książce o Przystanku Woodstock, gdzie odmówiłeś występu. Nie stać Cię na takie występy?

M.M.: A dlaczego on nie zamierza mi płacić? Niech spada. Mam przyjaciół, mamę, dzieci, kumpli narkomanów, którzy są w trudnych sytuacjach i ja ich z tych sytuacji wyciągam. Dzielę się z nimi swoimi pieniędzmi. Dla mnie podejrzane są te wszystkie wielkie charytatywne akcje. Nie wiem, na co idą pieniądze z tych imprez. Po prostu nie wierzę, że w tym szemranym kraju takie rzeczy załatwia się uczciwie.

Kiedyś stwierdziłeś, że artystom wolno więcej. Nie jest jednak tak, że wolno im mniej, bo są ciągle pod ostrzałem dziennikarzy?

M.M.: Tylko politykom wolno mniej, a czy artyści są pod ostrzałem? Skąd możesz wiedzieć, jakie zwyczaje w łóżku ma Kayah czy Edyta Górniak, a senatora Piesiewicza od razu wyciągnęli (śmiech). Jeżeli ktoś kiedyś zrobi mi zdjęcia jak uprawiam seks, to cała reszta wpadnie w kompleksy, a to się nie opłaca (śmiech).

(Wywiad ukazał się w miesięczniku studenckim Pressja 10.2010)

Wywiad: Krzysztof Potaczała - Pomnik dla KSU

Kiedy w latach siedemdziesiątych w Polsce pojawił się punk rock nikt nie spodziewał się, że jednym z najważniejszych ośrodków rozwoju tej muzyki będą leżące w Bieszczadach Ustrzyki Dolne. Właśnie tam w 1978 roku powstał działający do dzisiaj zespół KSU. Historię ustrzyckiej legendy opisał Krzysztof Potaczała w wydanej ostatnio książce „KSU rejestracja buntu”.

Sylwester: Ostatnio mieliśmy istny wysyp książek o polskich zespołach rockowych. Pojawiły się książki o Kulcie, Big Cycu, Myslovitz… Czy były one inspiracją do napisania „Rejestracji buntu”?

Krzysztof Potaczała: Nie sugerowałem się żadnymi wydawnictwami. Od dawna nosiłem się z zamiarem napisania książki o KSU. Urodziłem się w Ustrzykach, wychowywałem się w otoczeniu KSU, a po latach uznałem, że warto spisać ich historię. Dla współczesnych i dla potomnych.

Siczka, lider KSU, na konferencji prasowej z okazji premiery książki mówił, że wielu rzeczy z początkowego okresu działalności już nie pamięta. W związku z tym, czy w „Rejestracji buntu” czytelnik znajdzie fakty czy domysły na temat pewnych wydarzeń?
K.P.: Wyłącznie fakty. Proszę pamiętać, że KSU to nie tylko Siczka, ale paru innych ludzi. Po ponad trzydziestu latach wszyscy mieli jakieś luki w pamięci, ale udało się je na powrót wypełnić treścią dzięki weryfikacji wspomnień u wszystkich pierwszoplanowych postaci punkowej rewolty przełomu lat 70. i 80. Podkreślę jednak, że jeśli chodzi o konkretne daty koncertów, to dużo pomógł mi Andrzej Dumkiewicz, bardziej znany jako „Delfin”. On ma fenomenalny łeb do takich szczegółów. Niespodzianką było też odnalezienie przez Bohuna dziennika, który prowadził, kiedy grał w KSU. Przeleżał na strychu grubo ponad ćwierć wieku…

Dlaczego książka skupia się na początkowym, najbardziej legendarnym okresie w historii KSU, a nie opisuje dokładniej tych dalszych przeszło dwudziestu lat funkcjonowania zespołu?

K.P.: Taki zamiar przyświecał mi od początku. To miała być opowieść o punk rocku w Bieszczadach, o czym zresztą informuje podtytuł książki. Nie chciałem pisać typowej biografii kapeli, lecz skupić się na fenomenie ruchu punkowego w Ustrzykach, który – przypomnę – pod koniec lat 70. i na początku 80. był jednym z trzech najważniejszych w Polsce, obok Warszawy i Gdańska. Dawne i dzisiejsze KSU to dwa inne światy. Wtedy oprócz muzyki był autentyczny bunt, otwarta kontestacja, szaleństwo, walka z komuną, pragnienie wywrócenia świata do góry nogami. Obecnie o czymś takim nie możemy już mówić. Zmienił się system, żyjemy w demokratycznym kraju, młodzież nie jest przez władze do niczego przymuszana… Ale w epilogu poświęcam nieco uwagi także temu, co KSU robi obecnie.

Co było najtrudniejsze w pracach nad książką? Dotarcie do muzyków?

K.P.: Dotarcie do muzyków było łatwe. Znałem ich od dziecka, wychowywaliśmy się na tych samych podwórkach, biegaliśmy za piłką po tym samym boisku. Najtrudniejsza była chyba weryfikacja faktów, aby nie popełnić błędów. Ale dzisiaj mogę z ręką na sercu powiedzieć, że wszystkie zdarzenia i daty są prawdziwe. Tym samym wyprostowałem wspólnie z bohaterami książki wiele bzdur, które pojawiały się na łamach gazet czy w Internecie.

Jak długo trwały prace nad książką?

K.P.: Około dwóch lat. Zbierałem relacje, zdjęcia, dokumenty, spotykałem się z bohaterami tamtych wydarzeń, jeździłem do Instytutu Pamięci Narodowej w Rzeszowie, by odnaleźć milicyjne i esbeckie materiały na temat KSU i w ogóle punków w Ustrzykach. Gdy wszystko przetrawiłem i przemyślałem – zabrałem się do pisania. Kilka miesięcy później miałem już całość, choć oczywiście jeszcze wiele tygodni pracowałem nad poprawkami, uzupełnieniami, skrótami, itd.

Czym jest KSU dla Ustrzyk?

K.P.: Legendą i symbolem. Dzięki KSU Ustrzyki stały się znane w całej Polsce. Chociaż na początku punkowcy byli w Ustrzykach bardzo źle postrzegani nie tylko przez milicję, ale przez większą część dorosłego społeczeństwa. Dzisiaj KSU to zespół pomnikowy. Kto wie, może kiedyś Ustrzykach będzie nawet ulica imieniem Siczki (śmiech).

Jest coś, co by Pan zmienił w książce?

K.P.: Oczywiście. Niektóre mniej istotne fragmenty mogłem pominąć, inne rozwinąć, dodać jeszcze parę fotografii. Ale mam nadzieję, że to poprawię. Prawdopodobnie w przyszłym roku przygotujemy z wydawcą drugie, rozszerzone wydanie opowieści o KSU i punk roku w Bieszczadach. Już teraz gorąco polecam. Zdradzę tylko, że zupełnym przypadkiem dokopałem się do unikatowych dokumentów dotyczących KSU, które powinny być smakowitym kąskiem dla każdego fana kapeli.

(Wywiad ukazał się w miesięczniku studenckim Pressja 08.2010)


Wywiad: Grabaż - Nie umie śpiewać, ale ma inne zalety

Krzysztof “Grabaż” Grabowski – wokalista Strachów Na Lachy i nieistniejącej już Pidżamy Porno – to postać nietuzinkowa. Mimo blisko 50 lat na karku, epatowania pesymizmem i pełnego nonszalacji podejścia do śpiewu, od lat pozostaje jedną z ikon polskiej sceny alternatywnej. O najnowszej płycie Strachów Na Lachy, “Dodekafonii”, Pidżamie Porno i  dzieciach, z Grabażem rozmawiali Berenika Haduch i Sylwester Zimon.

Co to w ogóle jest dodekafonia?

Grabaż: Dodekafonia to termin muzyczny oznaczający totalny bałagan w dźwiękach. Jeżeli nie masz wykształcenia muzycznego, to utwór dodekafoniczny wydaje ci się jednym wielkim jazgotem, zgiełkiem i totalnym burdelem. Tytuł dodekafonia pasował do tego, co się działo w mojej głowie.

Przy jakich projektach lepiej Ci się pracuje, przy autorskich, czy przy coverach?

G: Najciężej pracowało mi się właśnie przy "Dodekafonii". Wcześniejsze płyty ze Strachami wchodziły jak po maśle. Przy pierwszych dwóch, wpadliśmy w szał nowości i poznawaliśmy siebie. Przy coverach to przede wszystkim nasz basista, Lo, ustalał jak ma to wszystko wyglądać.

Więc dlaczego przy najnowszej płycie pracowało Ci się najtrudniej?

G: Być może nagrywaliśmy ją zbyt szybko. Byliśmy po dwóch mocno wyczerpujących projektach, czyli po "Autorze" i "Zakazanych Piosenkach", które  robiliśmy rok po roku, a tu trzeba było zająć się "Dodekafonią". Piosenki na płytę napisałem w dwa tygodnie, w listopadzie 2008 roku i były one w mojej opinii totalnie aktualne. Także chyba lepiej było się przemęczyć, trochę pokłócić i nagrać ją teraz.

Podobno konflikty w studiu wynikały z różnych gustów muzycznych członków zespołu. Czego w takim razie słuchasz?

G: Słucham praktycznie wszystkiego. Na stronie mojej audycji w radiu Roxy można zobaczyć czego słucham konkretnie. Nie lubię tylko jazzu, disco-polo i heavy metalu. Dla przykładu nasz perkusista lubi Stinga i Sade, a ja tego nie lubię.

Czy brałeś lekcje śpiewu przed "Dodekafonią"? Fani twierdzą, że poprawiłeś się wokalnie.

G: Nie. Nie brałem. Wstydziłbym się zaśpiewać przed profesjonalistą, ponieważ jakby on opowiedział na mieście, jakim ja jestem wokalistą, to bym z chaty przez rok nie wychodził. Kumple z zespołu doskonale zdają sobie z tego sprawę i każdy to przyjął jako "nie umie śpiewać, ale ma inne zalety" (śmiech). W studio bywa to irytujące, ale ja inny nie będę. Nie powiem, że prędzej bzyknąłbym faceta, niż poszedł na lekcje śpiewu, ale jest to mniej więcej porównywalne. Śpiewam jak śpiewam, nie zawsze jest to zgodne z jakimiś normami technicznymi.

Skąd pomysł, aby zaprosić na płytę Natalię Fiedorczuk?

G: Zakochałem się w niej jako w artystce. To jest dziewczyna, która mieszkała długi czas w Poznaniu i kręciła się wokół środowiska związanego ze studiem Czad, w którym spotykało się wielu artystów: Happy Pills, Sweet Noise czy Pidżama Porno. Byłem świadkiem jej dorastania muzycznego, od  niedoświadczonej dziewczyny do świadomej artyski, czego dowodem jest jej płyta "Go Dare" wydana jako Natalie And The Loners, która mnie całkowicie rozłożyła na łopatki. Wielki szacunek. Do "Dziewczyny o chłopięcych sutkach" szukałem głosu, który nie jest skażony, nie śpiewa żadnego r'n'b, nie wyciąga jakichś nieprawdopodobnych gór, tylko śpiewa po ludzku. No i jej się to udało. Efekt, który sobie wymyśliłem został osiągnięty i fajnie, że ktoś taki jak Natalia  zgodził się z nami zaśpiewać.

Czy warto było zostać magistrem historii, skoro i tak zajmujesz się muzyką?

G: Nieważne, jakie studia się kończy. Studia są potrzebne jako pewien etap w osiąganiu dorosłości, dojrzałości oraz jako pewien etap w nauce rozumienia świata. Moje studia spełniły swoją rolę. Może nie do końca, bo zmarnowałem zbyt wiele czasu, będąc studentem, natomiast nie żałuję ani jednego dnia, który spędziłem na uczelni. To jest kolejny szczebel w dopuszczaniu do siebie nowych rzeczy, poznawaniu nowych ludzi i zjawisk. Ciężko to zrobić, nie będąc na studiach. Zresztą ja poszedłem na studia, żeby grać w kapeli rock’n’rollowej. W tych czasach jak kończyłeś ogólniak i nie studiowałeś, to szedłeś do wojska, więc musiałem iść na studia.

Co sądzisz o stwierdzeniu, że Strachy Na Lachy są zespołem emo?

G: O, fajnie. Będziemy musieli się zacząć malować. Ciąć, już się ciąłem. Podejrzewam, że emo to muzyka dla nastolatek, końcówka podstawówki, gimnazjum, trudny okres dojrzewania. Natomiast moja nowa płyta jest tekstowo skierowana do moich rówieśnikow. Odnoszę wrażenie, że jedynymi osobami, które kumają to bez konieczności tłumaczenia czegokolwiek są właśnie oni. Mam 45 lat i zazwyczaj publiczność w moim wieku nie przychodzi na koncerty, tylko kupuje płyty. Przy żadnej płycie nie poczułem takiego odzewu generacyjnego. Natomiast czy ktoś sobie weźmie to za emo czy nie... No cóż, te nastolatki, które są emo, będą za pół roku w innym świecie. Wiem, bo mam syna w tym wieku. On się śmieje z emo, bo jest indie, ale wcześniej słuchał rapu. Później był wielkim fanem Happysadu, Indios Bravos i w końcu Lao Che. Aktualnie przegląda MySpace'a i szuka takich kapel, których nie zna.

A jak mu się podoba “Dodekafonia”?

G: “Radio Dalmacija” mu się podoba. O dziwo. Zresztą musi się przeciw komuś buntować i nawet jak mu się coś podoba, to mi tego nie powie, a ja tego od niego nie wymagam. Wystarczy mi, że chodzi w koszulce Strachy Na Lachy.

Pytamy bo krążą opinie, że Twojej muzyki słucha głównie młodzież?

G: Nie zgadzam się z tym. Dzieciaki przychodzą na koncerty i dzięki temu je sprzedajemy. Nie wydaje mi się, żeby młodzież wykupiła 20.000 sztuk “Dodekafonii”. Na pewno część dzieciaków nas słucha, ale w tym wieku jest to zrozumiałe, że się słucha muzyki i jest to jedna z najważniejszych rzeczy w życiu. Kiedy się dorasta to zaczyna się szukać czegoś bardziej wyrafinowanego i nieco bardziej ambitnego formalnie niż Strachy Na Lachy.

W 2005 roku w wywiadzie dla PRESSJI mówiłeś, że 10.000 sprzedanych płyt to dla Ciebie nie jest żaden sukces. Teraz na swoim koncie masz cztery złote płyty. Czy osiągnąłeś już stan, w którym możesz mówić o sukcesie?

G: Jeżeli chodzi o liczbę sprzedanych egzemplarzy to szału nie ma. Nie mogę narzekać bo wiele zespołów, gdy sprzeda tyle płyt co my, to pije przez tydzień ze szczęścia. Jak na obecne warunki mamy dobre wyniki. Bardzo dziękujemy ludziom, którzy kupili naszą płytę. Natomiast zakładając, że żyjemy w normalnym kraju, to nie ma tego aż tak wiele. Był taki tydzień, że byliśmy na pierwszym miejscu w liście najlepiej sprzedających się płyt w kraju. Gdyby to było w innym kraju to bylibyśmy ustawieni do końca życia. W polsce tak nie jest, ale nie narzekam.

Na "Dodekafonii" śpiewasz, że wiele rzeczy Ci w Polsce nie pasuje. Może chciałbyś się wynieść do jakiegoś innego kraju?

G: Na pewno nie na stałe, bo jestem polski do bólu. Za granicą byłbym trudny do zrozumienia, zresztą tutaj większość ma z tym problem. Poza tym ja i Polska to trudna miłość, ale miłość.

Zmieńmy trochę temat. Co się dzieje z Dziadkiem i Julem, z którymi grałeś w Pidżamie Porno? Jako jedyni nie przeszli do Strachów. Nie naciskają na Ciebie, żeby zreaktywować zespół?

G: Dziadek gra teraz w Happy Pills, a Julo chodzi do normalnej pracy – rysuje mapy i udziela lekcji gry na basie.

A spaliłeś swój kapelusz, aby już na zawsze zamknąć rozdział pod tytułem Pidżama Porno?

G: Nie. Oddałem go Końjowi i Skibie do Muzem Polskiego Rocka w Gdańsku. Kapelusz zawsze można sobie zorganizować gdybym go kiedyś potrzebował. Zawsze mogę go też odebrać, o ile go nie przepili i nie zgubili. Tęsknie za kawałkami Pidżamy Porno, w końcu sam je napisałem. Może kiedyś nadejdzie taki moment, że je znów zagram.

Na jednym z forów internetowych znaleźliśmy ciekawy post. Jedna z Twoich fanek pisze “Grabaż... jak ja się kiedyś w Tobie kochałam”. Miałeś kiedyś problemy z zakochanymi w Tobie nastolatkami?

G: Oczywiście, że miałem. Ale wchodzimy w tajniki mojego życia, których nie chciałbym zdradzać.

Ale po czymś takim możesz czuć się jak gwiazda rocka. Jesteś gwiazdą?

G: Z jednej strony tak. Z drugiej strony mnie to wali. Zapraszają mnie do różnych programów telewizyjnych. Na przykład ostatnio zaprosił mnie Michał Figurski do “Jazdy figurowej”. Pierwszy i ostatni raz się na coś takiego zgodziłem. Pocięli mnie w montażu jak wołowe mięso. Ale Supernianię, która występowała razem ze mną, pocięli znacznie mniej. Wojewódzki też mnie zapraszał, ale nie spełniam się jako postać dostarczająca prostej rozrywki więc odmówiłem.

Wróćmy do muzyki. Próbowałeś kiedyś zrobić karierę zagraniczną ze swoimi zespołami czy nie macie na to parcia?

G: My jesteśmy nieprzetłumaczalni na inne języki. Jeszcze nie znalazł się taki śmiałek, który by nas przetłumaczył, chociaż kilku próbowało. Nie jesteśmy też jakimiś muzycznymi wyjadaczami, którzy powalają na kolana techniką. My gramy na emocjach i w tym sensie jesteśmy emo (śmiech).

A nie próbowałeś kiedyś napisać jakichś bardziej radosnych, pozytywnych tekstów?

G: Parę takich tekstów mi się zdarzyło, np. “Dzień dobry kocham cię”. Ale nie odczuwam takiej potrzeby żeby tak pisać bo musiałbym kłamać. Nie będę sobie wrzucał w komputer słów “optymizm”, “wiara”, “ufność”, “nadzieja” i generował z tego tekstów. Tak samo nie robię w drugą stronę, wpisując “dół”, “degrengolada” i “depresja”.

W wywiadzie dla “Teraz Rocka” stwierdziłeś, że możliwe, że już nic więcej nie napiszesz. Czy fani Twojej twórczości powinni się obawiać?

G: Możliwe. To nie ode mnie zależy, ale od Pana Boga, czy mi zrzuci jakieś śmieci czy nie. Nie znam dnia ani godziny, ale teraz nic nie planuję.

(Wywiad ukazał się w miesięczniku studenckim Pressja 03.2010)

Wywiad: Artur Andrus - Śmieszny jak pies z pokolenia Szymborskiej

Artura Andrusa można nazwać człowiekiem orkiestrą – jest on bowiem dziennikarzem, konferansjerem, kabareciarzem oraz autorem piosenek. Na co dzień można go usłyszeć w Programie III Polskiego Radia, szerszej publiczności jest natomiast znany z programu publicystycznego „Szkło kontaktowe”. O komercjalizacji kabaretu i poczuciu humoru z Arturem Andrusem rozmawiał Sylwester Zimon

Wyczytałem gdzieś, że poczucie humoru odróżnia ludzi od zwierząt. Co Pan o tym myśli?

A.A.: Ja znam psy, które mają poczucie humoru, a ludzie bez poczucia humoru też są ludźmi. Nie wierzę, że istnieją ludzie kompletnie pozbawieni poczucia humoru. Pytanie tylko, jakie jest to poczucie humoru. Niektórzy może nie pokazują go po sobie, ale podejrzewam, że każdy jakiś lekki uśmieszek w sobie ma. Ostatnio widziałem na Animal Planet program o małpach, który pokazywał, że mają poczucie humoru. Nie wiem jak jest z prymitywniejszymi organizmami, bo nie wiem czy rozwielitek ma poczucie humoru. Ale psy mają, bo bez niego nie zaprzyjaźniłyby się z ludźmi.

Aleksander Łamek zajmujący się terapią śmiechem, radzi, że aby rozwinąć swoje poczucie humoru należy stworzyć „Pokój śmiechu”, w którym zgromadzimy różne zabawne przedmioty. Co Pan o tym myśli?

A.A.: Jeżeli ktoś mieszka w kawalerce, to może umrzeć ze śmiechu, bo będzie non-stop przebywał w pokoju śmiechu. Wydaje mi się, że ja mam poczucie humoru, a pokoju humoru nie mam. Chociaż… mam w domu łazienkę humoru. Znalazłem jakiś czas temu wywieszkę „dezynfekcja jaj promieniem UV” i powiesiłem ją na drzwiach wejściowych do łazienki. Taki pomysł przejąłem od Andrzeja Waligórskiego, u którego w domu zobaczyłem, że na drzwiach wejściowych do łazienki wisi tabliczka „instytut odlewnictwa”, a w środku w miejscu naprzeciwko toalety, na wysokości oczu wisiała tabliczka „jazda na koniku 2 złote”. Może to jednak prawda z tym pokojem śmiechu…

Jest Pan znany ze swojego spokojnego, nieco flegmatycznego, sposobu występowania. Co Pan zatem sądzi o takim „agresywnym” stylu bycia, jaki prezentuje chociażby Kuba Wojewódzki?

A.A.: Uważam, że Kuba Wojewódzki jest bardzo sprawny, inteligentny i błyskotliwy. Nie zgadzam się z opiniami, że to, co robi jest głupie i beznadziejne. Kuba prowadzi swój program w taki sposób, jak chce tego jego gość. Ja jestem pełen podziwu, bo to jest niezwykła umiejętność. Gdybym miał prowadzić program w taki sposób i w takim tempie, to musiałbym po nim udać się na pół roku rehabilitacji.

Co Pan sądzi o polskim kabarecie?

A.A.: W Polsce błąd polega na tym, że pod pojęciem kabaret za dużo się rozumie. I pod pojęciem kabaret rozumie się jakieś formy tańca i pod tym samym pojęciem rozumie się estradę. Kiedyś to się rozróżniało. Kabaret to było ciemne, zadymione miejsce, z odnośnikami do literatury w tekstach, jak na przykład „Piwnica pod baranami”. Hale na kilka tysięcy ludzi to już nie jest kabaret. Zresztą, nigdy nie próbowałem być krytykiem kabaretowym i mówić ten kabaret jest dobry a ten zły. Krytykiem jest tylko publiczność, która nie znosi udawania i jak widzi, że ktoś udaje, że jest zabawny i ma słabe żarty to już drugi raz nie przyjdzie na jego występ.

Dlaczego w Polsce nie mamy takiego towaru eksportowego z dziedziny humoru jak choćby angielski Monty Python?

A.A.: Wydaje mi się, że taką rzeczą, która mogłaby zaistnieć w świecie był Kabaret Starszych Panów. Muzyka jaką stworzył Wasowski, jest grana teraz jako standardy jazzowe. Bogdan Hołownia, który nagrał płytę, gdzie gra melodie z Kabaretu Starszych Panów wysłał ją do Ameryki do swojego profesora, ten był przekonany, że to są jakieś światowe standardy jazzu, i gdyby nie to, że to powstało kilkadziesiąt lat temu to być może by to gdzieś zaistniało. Pozostaje oczywiście kwestia bariery językowej. Gdyby humor Mumio był przekładalny na inne języki, to moim zdaniem spokojnie mógłby funkcjonować na świecie. Takie zjawiska jak Woody Allen czy Monty Python zdarzają się raz na kilkadziesiąt lat, ale myślę, że u nas też się mogą przydarzyć. To jest też kwestia promocji. Monty Python powstał w publicznej telewizji BBC, która puściła na swojej antenie coś tak odlotowego. U nas nikt by się na taki krok nie odważył. Gdyby pojawiły się jakieś obrazoburcze teksty, to zaraz ktoś zacząłby protestować a program zostałby wycofany i schowany.

Wspomniał Pan o Mumio, które jest obecnie bardziej znany z telewizyjnych reklam niż z występów kabaretowych.

A.A.: Nie jest tak, że Mumio bardziej skupia się na reklamach, tylko jest to bardziej widoczne. Żeby zobaczyć ich występ, to trzeba na niego pojechać. Poznałem Mumio zanim zaczęli robić reklamy i wtedy mnie zachwycili. Wiem, że mieli problem z tymi reklamami, bo na ich występy zaczęły przychodzić osoby, które myślały ze ich program składa to dziesiątki takich krótkich skeczy i były zawiedzione, bo Mumio na scenie jest zupełnie inne niż w reklamie. Mumio pokazało że kabaret i reklama to nie są dwa oddzielne światy i że kabaret może dużo dać reklamie. Z tego co słyszałem, Plus, który udostępnił swoje łamy nie zarobił na tym wprost, a jedynie zrobił sobie markę. Nie było wzrostu sprzedaży, ale fajnie że się z tego nie wycofują. Mumio otworzyło rynek reklamy na poczucie humoru.

A czy zgodziłby się Pan na występ w reklamie?

A.A.: Gdybym miał na to jakiś oryginalny pomysł i gdybym miał pewną dowolność, że robię to, co mi pasuje, a oni to akceptują, to kto wie. Nie przypuszczam żeby to było możliwe, bo ani mnie nie ciągnie do takich krótkich form, ani nie wydaje mi się, że jakaś firma pomyśli, że na mojej twarzy można zarobić. Chyba że będzie to producent jakichś środków, które pokazują, że człowiek może się dobrze odżywiać.

Jak Pan myśli, czy telewizja pomaga, czy przeszkadza w karierze kabareciarza?

A.A.: Pomaga, wtedy, kiedy się to kontroluje. Sam się o tym przekonałem, gdy nagrałem piosenkę „Zabierzcie mi gitarę z wentylatorem i spryskiwaczem”. Wystąpiłem z nią w ośmiu programach telewizyjnych. Jak się zorientowałem, że to nie jest tak, że każdy program oglądają inni ludzie i że nie puszczą tego tylko raz, ale będą powtarzać, to z ośmiu występów zrobiło się trzydzieści. Ludzie zaczęli myśleć „ten facet ma jedną piosenkę, z którą wszędzie chodzi”. Od tego czasu nie robię takich rzeczy. Nadmiar szkodzi. Moim zdaniem teraz jest za dużo kabaretu w telewizji. No może wycinka kabaretu, bo w kółko puszczane są te same grupy, pokazywane w ten sam sposób. Nastąpił przesyt. Moim zdaniem teraz będą pokazywane kameralniejsze formy, a nie wielkie widowiska. Zaczną pojawiać się mniejsze, autorskie programy i to będzie przyszłość tego typu produkcji. Oby tak było.

Podobno kiedyś spotkał Pan się z opinią, że jest Pan śmieszny jak pies. Cieszy się Pan z takiej recenzji, czy to jest krzywdzące dla artysty?

A.A.: To prawda. Oczywiście że się cieszę. Jako miłośnik psów uważam, że to jeden z ciekawszych komplementów jakie w życiu usłyszałem. Chciałbym być też dobry jak pies, przystojny jak pies – no może nie każdej rasy. Ale nie wiem, co by powiedział pies, któremu by ktoś powiedział, że jest śmieszny jak Andrus. Może by się obraził, ale mam nadzieję, że któremuś psu takie porównanie by odpowiadało.

W wywiadzie dla magazynu „Malemen” wyczytałem, że jedna z Pańskich znajomych zakwalifikowała Pana do „pokolenia Wisławy Szymborskiej”. Jak Pan się z tym czuje?

A.A.: Strasznie mi się to spodobało. To Stefania Grodzieńska mnie tak zakwalifikowała, ale jak ona sama ma 96 lat, to ma prawo klasyfikować wszystkich młodych do jednego pokolenia.

(pełna treść wywiadu ukazała się w miesięczniku studenckim Pressja oraz na portalu Studentcafe.pl 29.04.2010)

Wywiad: Myslovitz - Małżeństwo po przejściach

Założony w 1992 roku Myslovitz jest jednym z fundamentów współczesnej polskiej muzyki rockowej. Wszystkich więc zaskoczyła wiadomość o chwilowym zawieszeniu działalności, którą zespół ogłosił w 2007 roku. Jednak Myslovitz powrócił z nową energią, czego dowodem był świetny koncert w rzeszowskim klubie Live. Przy tej okazji o nowej płycie zespołu, zagranicznej karierze i historii grupy z Jackiem Kuderskim, basistą i jednym z założycieli Myslovitz, rozmawiali Artur Gaweł i Sylwester Zimon.

Za Wami roczna przerwa w koncertowaniu. Dla fanów była to mocno kontrowersyjna decyzja. Czym to było spowodowane?

Jacek Kuderski: Reszta zespołu, oprócz Artura Rojka, też tego nie rozumiała. Nie była to decyzja całej grupy. Spowodowało ją raczej zmęczenie i chęć zrealizowania innych projektów przez Artura. On sam powiedział nam o niej rok wcześniej, ale nie działo się to w demokratycznej atmosferze. Nie chcieliśmy tej przerwy. Jednak w jakimś sensie nam to pomogło. Publiczność znów zaczęła masowo przychodzić na nasze koncerty. Wszycy odpoczęli, znów garnęliśmy się do grania. Z jednej strony pomyślałem – super, a z drugiej miałem obawy. Jeśli masz roczną przerwę i czytasz na forach internetowych, że Myslovitz już się praktycznie rozpadł, to mimowolnie zaczynasz w to wierzyć. My jednak wiedzieliśmy, że musimy wrócić do pracy i grać dalej.

Czy po przerwie panuje w Myslovitz zgoda i sielankowa atmosfera?

J.K.: Jest zdecydowanie lepiej niż było. Może nie jest idealnie, bo tak już pewnie nigdy nie będzie. W końcu jesteśmy małżeństwem po przejściach. No ale jest lepiej, szlifujemy demo, jesteśmy przed nagraniem nowej płyty. Mam nadzieję że uda nam się coś ciekawego stworzyć.

Ostatnio wśród rockowych artystów panuje tendencja do zmieniania stylu muzycznego, czego przykładem jest Hey i Agnieszka Chylińska. Czy fani Myslovitz powinni się obawiać jakiejś drastycznej zmiany brzmienia na kolejnej Waszej płycie?

J.K.: Po tych piosenkach, które mamy już gotowe, wiem, że nowa płyta to na pewno będzie coś innego. To już nie będzie ten sam Myslovitz, bo nasze założenia są właśnie takie. Ale to też nie będzie taki wielki skok jak zrobiła Chylińska. Myślę, że tacy artyści jak Hey chcą pokazać, że oni też potrafią nagrać płyty nierockowe i to jest bardziej świeże niż kolejny płyta nagrana w tym samym stylu. To są przemyślane i nieprzypadkowe decyzje.

Podobno Wasz nowy album ma być swoistą klamrą, spinająca wszystkie dotychczasowe osiągnięcia grupy Myslovitz. Chcielibyście stworzyć płytę, tak rozpoznwalną jak "Miłość w czasach popkultury"?

J.K.: Nie wiem. Mamy bardzo różne utwory. Teraz na próbach każdy daje coś od siebie. Lala (Wojciech Kuderski – perkusista, przyp. red.), który do tej pory znany był z jednej kompozycji, "Korova Milky Bar", przedstawił sporo fajnych pomysłów i chce zająć się ich produkcją. Wszystko się zmienia. Nową płytę będziemy nagrywać z Marcinem Borsem, tym samym który współpracował z Hey. Podobno to fajny człowiek. Młodszy od nas, więc będziemy mogli go przestawiać (śmiech).

Kiedy możemy spodziewać się nowej płyty Myslovitz?

J.K.: Najszybciej pod koniec roku, ale tylko wtedy, kiedy nagramy ją jakoś w kwietniu. Jeżeli tego nie zrobimy to nie zdążymy jej wydać w tym roku, bo później dojdą koncerty, dzieci pójdą do przedszkola i nagle okaże się, że płyta Myslovitz jest płytą roku, bo nagrywaliśmy ją cały rok.

Krążek “Korova Milky Bar”, był mocno promowany za granicą. Myslovitz można było usłyszeć nawet w MTV Europe, jednak coś poszło nie tak. Płyta nie odniosła znaczącego sukcesu. Zachód mimo, że usłyszał o zespole to jednak nie do końca się Wami zachwycił. Będziecie jeszcze kiedykolwiek walczyć o większą popularność poza Polską?

J.K.: To nie jest tak, że każda płyta ma szanse za granicą. Przy “Korova Milky Bar” zajmowali się nami, oprócz managmentu polskiego, Henry McGroggan i Ania Marzec, którzy współpracowali z Iggym Popem. Henry z racji pozycji i znajomości na zachodzie, wkręcał nas na bardzo duże koncerty. Mowa tu o wspólnych występach z The Corrs, Iggy Popem, Simple Minds. Prawdopodobnie już nie będziemy współpracować z Anią i Henrym.

Dlaczego?

J.K.: Bo to nie ma sensu. Nie jesteśmy już zespołem młodym, a facetami koło czterdziestki. Nie kręci już nas granie na tak wielkich imprezach i bycie w ciągłej niepewności, czy się uda, czy nie. Poza tym, tam trzeba być totalnie anglojęzycznym, choćby po to, aby porozumieć się z gwiazdami na imprezach. Jeśli chcesz zrobić karierę, to musisz nawiązywać nowe znajomości. Nie chodzi tylko o to, by dać dobry koncert. Jeśli na przykład wypijesz wódkę ze znanym muzykiem, zdenerwujesz go, albo kopniesz w tyłek, wtedy zdobędziesz jego uznanie. My nigdy nie byliśmy tacy, po prostu mamy inne charaktery. Zagraliśmy dobrze, publiczności się podobało i nic poza tym. Zwiedziliśmy za to prawie całą Europę i USA. Graliśmy w największych europejskich salach koncertowych. Na przykład w Glasgow ostrzegano nas, że szkocka publiczność jest bardzo specyficzna. Jeśli jej się nie spodobamy, to w najleszym wypadku zostaniemy poczęstowani pomidorami (śmiech). Na szczęscie tak się nie stało.

Czy polskie zespoły mają szansę na zagraniczną karierę na miarę U2?

J.K.: Nie ma szans na polskie U2 czy Coldplay. Jest taki jeden polski zespół, który ma szansę na karierę za granicą, ale on nie osiągnie sukcesu na miarę Coldplaya. Chodzi o L.Stadt. Myślę, że oni zrobią wielką karierę na zachodzie i dopiero później zostaną zauważeni w Polsce. Dla mnie L.Stadt to najlepszy polski zespół. Jest wiele zespołów, na których koncertach po dwóch utworach idziesz na piwo, bo cię to nudzi. L.Stadt taki nie jest. Myślę, że nagrają jeszcze dwie, czy trzy płyty i będą wielcy. Wspomnicie moje słowa.

Był taki czas kiedy porównywano Myslovitz z Radiohead, czy Oasis. Co teraz o tym myślisz?

J.K: Firma płytowa specjalnie prównywała nas do Oasis, aby lepiej sprzedać naszą muzykę. Wystartowaliśmy równo z nimi, a Oasis był wtedy wschodzącą gwiazdą na rynku brytyjskim. Pytasz dlaczego Radiohead? Być może dlatego, że Myslovitz też ma lekki zakręt psychodeliczny. Wiecej podobieństw między Myslovitz a Radiohead nie widzę, ale ludzie faktycznie tak mówią. My słuchaliśmy zupełnie innych bandów: House Of Love, My Bloody Valentine, czy Stone Roses. Właśnie taka muzyka nas ukaształtowała. Wtedy w składzie nie było jeszcze Przemka Myszora. On był trochę inny (śmiech). Zresztą Wojtek Powaga też, bo słuchał bluesa. A Lala, Artur i ja byliśmy kompletnie zakochani w tym, co się działo w brytyjskiej muzyce gitarowej. Wcześniej oczywiście słuchało się Joy Division czy New Order. W Polsce jednym ze wzorców była mysłowicka grupa Generał Stillwell.

Jak odnosisz się do twórczości, którą prezentowaliście na początku istnienia grupy? Artur Rojek stwierdził kiedyś, że nie potrafiłby już zagrać kawałka "Z twarzą Marylin Monroe". Wstydzicie się tamtego okresu?

J.K.: "Z twarzą Marylin Monroe" nie gramy na koncertach już parę ładnych lat. Im jestem starszy tym mam na ten kawałek większe ciśnienie. Powiem tak: przychodzisz prywatnie na koncert i widzisz zespół z wielkimi ambicjami, słuchasz dwóch utworów i wiesz, że już nic ciekawego się nie wydarzy. Mam podobne wrażenie jeśli chodzi o Myslovitz. Jeżeli gramy dziesiąty raz z kolei tę samą setlistę, to wtedy ona tak mnie nudzi, że najchętniej zagrałbym starsze kawałki, łącznie z "Twarzą Marylin Monroe". Jest to naprawdę fajny utwór. W tych czasach tak się grało. Przypominają mi się ogniska i podobne rzeczy... Wtedy byliśmy o wiele młodsi. Nie wstydzę się tego. Jedyne nad czym ubolewam, to nad jakością dwóch pierwszych płyt...

No właśnie. Nagrywał je z Wami Ian Harris, przedstawiany w kraju jako wielki fachowiec z Wysp Brytyjskich...

J.K.: To nie była oczywiście żadna ściema, bo Ian współpracował z Joy Division. Jednak nie potrafił nagrać płyty z polskim zespołem. Po pierwsze, problemem była bariera językowa. Harris nie rozumiał szeleszczących polskich głosek, które pojawiały się w wokalu. Poza tym nie był wielkim specem od sprzętu. Nie potrafił kręcić gałkami tak, żeby wszystko ładnie wychodziło. Błądził tak samo jak my. To był koleś, któremu tak naprawdę przytrafiła się w życiu przygoda. My jako zespół początkujący chcieliśmy mieć realizatora z Anglii, nie zważając na jego prawdziwe umiejętności. Jestem kompletnie niezadowolony z brzmienia tych płyt, bo cholera... w tamtych czasach nagrywało się o wiele lepiej.

Wiele osób twierdzi, że Wasze teksty są zbyt depresyjne. Sam mówiłeś, że chciałeś kiedyś je tworzyć, ale szybko Cię "wyprostowano". Jeśli miałbyś je pisać to zaproponowałbyś coś bardziej radosnego?

J.K.: Ja też nie lubię głupich, radosnych tesktów. Tekst nie musi być smutny ale musi być mądry: musi o czymś mówić i mieć drugie dno. Nie mogą to być tylko sylaby, które mają fajny rym i nic poza tym. Wiadomo, że nie jest łatwo napisać fajny tekst. Nikt z nas nie jest Jackiem Cyganem. Nawet “Z twarzą Marylin Monroe” miało dobry tekst, bo opowiadało o czymś konkretnym.

Premiera książki o “Życie to surfing” opowiadającej o Myslovitz zbiegła się z premierą, “Białej księgi” Kultu. Nie jesteś trochę tym zawiedziony? Pytam, bo porównując oba wydawnictwa Kult stworzył coś o wiele lepszego.

J.K.: Nawet o tym nie wiedziałem. Myślę, że Leszek Gnoiński, autor “Życia to surfing”, też na to nie zwracał uwagi. To jest taka konkurencja jak między telewizjami. Jeżeli TVN zrobi “Taniec z gwiazdami”, to Polsat zrobi “Jak oni śpiewają”. To może głupie porównanie, ale tak myślę. A co do “Życia to surfing”, jest to książka o Myslovitz i to jest fajne, że jesteśmy dość młodym zespołem, a już mamy książkę na swój temat.

(wywiad ukazał się w miesięczniku studenckim Pressja 02.2010)

Wywiad: Dick4Dick - Penis jako synonim życia

Kiedyś określali siebie jako grupę samców przybyłych z kosmosu. Ich głównym znakiem rozpoznawcym był kult męskiego członka. Dziś przyznają się do tego, że pochodzą z Gdańska, a ich kosmiczny image poszedł dawno w niepamięć. Zespół Dick4Dick powstał w 2004 roku, prezentując zakręconą twórczość z pod znaku electro i popu. Z Bobby Dickiem (Michałem Skrokiem), N.G.A. Dickiem (Krystianem Wołowskim) i Jacquesem Le Dickiem (Jackiem Frąsiem) rozmawiali Artur Gaweł i Sylwester Zimon

Od lewej: Jaques Le Dick, Artur Gaweł, Bobby Dick, NGA Dick, Sylwester Zimon
Fot: Patryk Ogorzałek

Odwiedzając Waszego myspace'a natknęliśmy się na tekst, w którym przewrotnie odżegnujecie się od tego, co tworzyliście w przeszłości. Mamy więc rozumieć, że kładziecie grubą kreskę na klimatach electroclashowych?

N.G.A. Dick: Celowo umieściliśmy taką informację, ponieważ jesteśmy już trochę zmęczeni powtarzaniem pewnych utartych stereotypów na nasz temat. Zdążylismy dokonać już kilku zmian po drodze, ale niestety dziennikarze nie parający muzyką, przepisują wszystko, co znajdą na nasz temat w google. Mieliśmy tego po dziurki w nosie.

Bobby Dick: Odcinamy się od przeszłości, ponieważ cały czas się zmieniamy. I kto wie czy na kolejnej płycie nie będzie jakiejś rewolty. Poza tym, poznaliśmy ciekawą zależność jak można manipulować notatką prasową. Generalnie, wszystko, co napiszesz jest później ciągle powtarzane. No i teraz na przykład w wywiadach musimy mówić, że nagraliśmy naszą najnowszą płytę w drewnianej chatce na wsi (śmiech).

Jacques Le Dick: Co jest oczywiście totalną bzdurą, bo jak można nagrać płytę w takich warunkach? Ludzie to łykają.

B.D.: Ale prawda jest taka, że naprawdę nagraliśmy płytę w drewnianej chatce (śmiech).

N.D.: Na myspace postanowailiśmy podać szczere informacje. Musieliśmy sięgnąć do nas samych, a nie do wizerunku na nasz temat wymyślonego.

B.D.: Myślę, że niezależnie od tego co prezentujemy i wymyślimy, to i tak będzie to traktowane niepoważnie i przewrotnie. Wiele osób myśli, że każde nasze wydawnicto jest żartem, co pozwala nam wszystkich wodzić za nos.

Fot: Patryk Ogorzałek
 
A więc nie zamierzacie wracać do konwencji z pierwszej płyty?

N.D.: Nie sądzę. Na pewno będziemy się starali z każdą płytą zmieniać nasz wizerunek. Nowe wydawnictwo, "Summer Remains", powstało w sposób mocno niekontrolowany. Nie mieliśmy zamiaru nagrać płyty, która byłaby aż tak spokojna, wyciszona, może czasem introwertyczna. Wpłynęły na to warunki zewnętrzne. Pojechaliśmy na wieś, mieliśmy plan nagrania płyty miejskiej, dynamicznej, a stało się zupełnie inaczej.

Jak zaczynaliście płytą “Silver Ballads” wasza twórczość była prowokująca i niepokorna. Chcieliście zaszokować katolickie, polskie społeczeństwo? A może był to celowy zabieg, aby zaciekawić publikę nietypowym image?

B.D.: Nie zajmujemy się burzeniem czegokolwiek. My po prostu pokazujemy jeden ze sposobów na egzystencję. Penis jest dla nas synonimem życia. Jeśli żyjesz jak gość i chodzisz z podniesioną głową, to tego dicka masz wyprostowanego. A jeżeli robisz to, co Ci ktoś każe i jesteś z tym pogodzony, ale równocześnie nieszczęśliwy, to dick niestety jest sflaczały i opada.

N.D.: Wracając do pierwszej płyty. Głównym naszym założeniem było stworzenie jak największego show. Co nam przyświecało? Nieskrępowana zabawa oczywiście. Wiadomo też, że seks jest czymś radosnym. Jak można postrzegać seks jako coś wulgarnego?

J.D.: Jeśli mielibyśmy nawiązać do porno, to byłyby to filmy z lat siedemdziesiątych, gdzie wszystko było traktowane z zabawą i uśmiechem, a nie jak obecnie.

W jednym z wywiadów mówiliście, że przed nagraniem “Summer remains” mieliście pomysł na dwa albumy. Jaki więc będzie ten kolejny?

J.D.: Prawda jest taka, że przy tej płycie nie mieliśmy żadnych gotowych piosenek. Przyjechaliśmy z nagranymi krótkimi pomysłami i to się okazało bardzo dobrą metodą pracy, która stale nas zaskakiwała. Tworzyło się coś niekontrolowanego i ten brak pomysłu jest naszym pomysłem na następną płytę.

N.D.: Nie do końca się z tym zgadzam. Oczywiście ta metoda była ciekawa i się sprawdziła, ale teraz zrobimy coś innego. Ostatnio otworzyliśmy studio Dickie Dreams, w centrum Gdańska, w budynku, który dostaliśmy z urzędu miasta i możemy tam swobodnie nagrywać nasze pomysły. Tam nagramy następną płytę, która będzie bardziej miejska, elektroniczna i nowocześniejsza.

W jednej z recenzji waszej nowej płyty znaleźliśmy stwierdzenie, że utwór “Hollywood” inspirowany jest dokonaniami Lady Pank. Co o tym myślicie?

N.D.: W tej chwili nie można mówić o jakiejkolwiek inspiracji, bo musiałaby to być cała muzyka rozrywkowa. Dziennikarze często porównują nas do zespołów, o których istnieniu nawet nie mieliśmy pojęcia. Co do Lady Pank, to dawniej traktowaliśmy ich z przymrużeniem oka, ale teraz postrzegamy ich band jako muzykę wysokiej jakości. Ostatnio zaczęliśmy bardzo mocno odczuwać przynależność do polskiej sceny i w ogóle do Polski. Wydaje nam się, że problemem Polski są kompleksy. Nie czujemy dumy narodowej i przynależności do własnej kultury. P: I stąd na waszej trzeciej płycie pojawiły się polskie teksty?

B.D.: Na pewno jest to wpływ tego co mówił N.G.A. Dick. Oprócz tego mamy też swój poboczny zespół Gwiazdy, w którym zaczęliśmy śpiewać po polsku. Nasz angielski nie jest tak dobry, żeby wzbijać się na abstrakcyjne niuanse, trzeba to naprawdę czuć, żeby w kliku słowach zawrzeć parę zdań. Zaczęliśmy więc pisać po polsku, co okazało się trudne, bo czujesz wtedy większą odpowiedzialność, za to co napiszesz. Długo pracowaliśmy nad tymi tekstami i była to dla nas niezła przygoda. Po angielsku pisało się łatwiej. Może następna płyta będzie cała po polsku?
Fot: Patryk Ogorzałek

Chcieliśmy zapytać o utwór “Pieśń o bohaterze”. Czy jest to aluzja do odejścia Andrzeja Leppera z polityki?

J.D.: Nie. Kompletnie odcinamy się od polityki. Nie zależy nam na tym. Ten numer nawiązuje do historii Dick4Dick. Z moim dojściem do zespołu zakończył się jakiś etap i część supermocy odeszła (śmiech).

N.D.: Jest to piosenka o nas, o przemijaniu, o tym, że dopada nas czas ale zaczynamy to akceptować. Chodzi o to, żeby nie trwać usilnie w jednym wizerunku, czy pracy, która zaczęła Ci uwierać. Gdybym ciąglę miał zgrywać maczo i eksplorować sferę penisa i libido, to czułbym się jak bohater filmu “Wrestler”, który po czasach świetności stał się swoją własną karykaturą.

Powrócmy do tematu wsi. Niedawno nową płytę, nagraną również poza miastem, wydał zespół Hey. Wy tworzyliście na wschodzie Polski, w małym Hadynowie. Co ma takiego szczególnego polska wieś, że zbawiennie wpływa na polskich artystów?

J.D.: Na wsi można się wyciszyć. My byliśmy na prawdę bardzo daleko od miasta, a najbliższą miejscowością były Łosice, gdzie znajdował się sklep spożywczy i kościół. Człowiek zmuszony był skupić się wyłącznie na pracy. A jednocześnie otoczenie liści, mrówek, ptaszków i żabek, sprowokowało jakieś nieoczekiwane pomysły, które w mieście na pewno nie przyszłyby do głowy. Cóż mogę powiedzieć? Na wsi jest super.

W wywiadzie dla Onetu z 2008 roku mówiliście, że planujecie zrobić rock operę. Moglibyście zdradzić coś więcej na ten temat?

N.D.: Temat niestety umarł. W związku z kryzysem obcięli nam budżet w Teatrze Kapitol i teraz nie wiadomo czy uda się to zrobić. Mieliśmy już cały scenariusz i byliśmy w to mocno zaangażowani. W rock operze miała być przedstawiona historia Dick4Dick, która działaby się gdzieś w nieokreślonej przyszłości, kiedy jesteśmy już totalnie upadłym zespołem po czasach świetności. Światem rządziłby dyktator kreujący bezguście. Jest to historia o tym, jak z powrotem łączymy się, aby dokonać czegoś, co tak na końcu nam się i tak nie udaje. Wszystko w scenariuszu było bardzo przewrotne i dziwaczne.

B.D.: Miały być tam też rzeczy, które w naszym mniemaniu będą kiedyś istnieć, jak na przykład tatuaże na wątrobie czy tego typu rzeczy, które za 200-300 lat będą dostępne. Dyktatora miał zagrać Leon Dziemaszkiewicz – bardzo barwna postać. Całość miała być bardzo napompowana i dlatego wymagało to wielkiego budżetu. Nie chcieliśmy robić czegoś byle jak, tylko zrobić wielki hollywoodzki show.

N.D.: Teraz, jak sobie to wszystko przypominam, to zaczynam żałować, że nie doszło do skutku.

Ostatnio otworzyliście blog muzyczny, na który dodajecie utwory stworzone gdzieś w zamierzchłej przeszłości, kiedy zespół Dick4Dick był jeszcze w powijakach. Czy w najbliższym czasie możemy spodziewać się aktualizacji na dickiedreams.blogspot.com?

B.D.: Oczywiście, że tak. Jeśli tylko nam się coś przypomni, to wrzucimy dany utwór na blog. Jest to taki "frozen time" – swoista tablica, gdzie przyklejamy znalezione kamyczki i patyczki z różnych miejsc. Te remixy powstawały w spontaniczny sposób. Ze Ś.P. Dickiem Dexterem (Adam Hryniewiecki – perkusista, zrezygnował z gry w zespole – przyp. red.) przechodziliśmy dziwny etap w swoim życiu. Nazywaliśmy go "Żołądkowy Gorzki". Wyglądało to tak: codziennie przychodziłem do niego z wódką i dziewczętami, tam wysłuchiwaliśmy ciągle tych samych kawałków, od czasu do czasu tworząc coś swojego. Miałem wtedy okres samotności i zerwania z łańcucha. Po prostu korzystałem z życia (śmiech).

J.D.: Chciałem Was na koniec zapytać czy wytniecie za każdym razem nazwę Dick4Dick z wywiadu kiedy się pojawi?

Nie. Skąd ten pomysł?

J.D.: Telewizja TVN promując trasę “Trójka Tour”, na której graliśmy z Gabą Kulką i Czesławem Mozilem, wycięła naszą nazwę ze spotu reklamowego. Ojcowie założyciele TVN doszli do wniosku, że Dick4Dick to nazwa, która obraża. Wycięto więc nazwę i przedstawiono nas jako gościa specjalnego.

W takim razie właśnie przeprowadziliśmy wywiad z zespołem Gość Specjalny.

(wywiad ukazał się w miesieczniku studenckim Pressja 12.2009)

Wywiad: Czarno-Czarni - Recepta na pękające szkliwo

Niewiele jest w Polsce tak charakterystycznych zespołów jak Czarno-Czarni. Grupa, która powstała jako poboczny projekt muzyków zespołów Big Cyc i Bielizna zafascynowanych brzmieniem lat 60., w krótkim czasie stała się suwerennym tworem. W listopadzie 2009 roku Czarno-Czarni wydali swoją piątą płytę „Nudny świat”. Z tej okazji porozmawiałem z wokalistą zespołu – Jarkiem Janiszewskim i basistą – Dżej Dżejem.

Fot: Piotr Lis (materiały prasowe)


W 2009 roku wyszła nowa płyta Bielizny i wznowienie jej dwóch pierwszych płyt. Doczekaliśmy się też nowego albumu Czarno-Czarnych. Czy rok 2009 był rokiem Jarka Janiszewskiego?

Jarek Janiszewski: Tak się dziwnie ułożyło, że dwie płyty z moim udziałem ukazały się obok siebie. Odstęp czasowy powinien być znacznie większy, ale rozmowy z firmami fonograficznymi były drażniąco żałosne. Zarówno Czarni jak i Bielizna od dawna nie mieli nowych płyt na rynku, stąd presja, aby o sobie przypomnieć. Czy to był mój rok? Nie miałem takich ambicji. Najważniejsze to trzymać odpowiednio wysoki poziom swoich dokonań. Mam nadzieję, że oba zespoły pozytywnie wyróżniają się na tle rodzimych wykonawców, którzy bardzo często tworzą teksty, od których pęka szkliwo na uzębieniu.

Na nowy album Czarno-Czarnych fani musieli czekać aż pięć lat. Co się stało? Z tego, co kojarzę to klip do promującego płytę utworu „Nudny świat” pojawił się w sieci już w 2007 roku.

Dżej Dżej: Piosenkę "Nudny Świat" nagraliśmy wcześniej, bo była to nasza propozycja na festiwal w Opolu. Nie mieliśmy wtedy pojęcia, że będzie to utwór tytułowy na nowej płycie. Numer przepadł na festiwalu, a koncepcja nowego wydawnictwa zmieniała się dość często. Musieliśmy odczekać jakiś czas, by nabrała właściwego kształtu. Chcieliśmy by nowy album był spójny stylistycznie.

Czy wciąż, jak na początku działalności, nagrywacie płyty na sprzęcie z epoki czy jednak korzystacie z dobrodziejstw nowoczesnej technologii?

D.D.: Staramy się chociaż nie jest to proste. Studia są dziś bardzo nowoczesne, a nasze brzmienie to stylizacja na dźwięki z lat 60. nagrywane w bardzo prosty sposób na urządzeniach lampowych. To trudne do odtworzenia. Korzystamy na przykład z bardzo starego urządzenia klawiszowego Ace Tone, które odkupiliśmy od Tercetu Egzotycznego.

Jak w ogóle udało się wam zdobyć tak interesujących gości na „Nudnym świecie”? Interesujący jest zwłaszcza brawurowy udział Urszuli.

D.D.: To są oczywiście kontakty prywatno towarzyskie. Nagrywamy z osobami, które lubimy i które lubią nas. Stąd udział Ani Rusowicz, Urszuli czy Holly Shepherd. Zasada jest taka, że musimy nadawać na jednakowych falach, inaczej z takiej współpracy nie wychodzi nic dobrego.

Pytanie do Jarka Janiszewskiego. Według jakiego klucza rozdzielane są teksty, tzn. który pójdzie do Bielizny, a który do Czarno-Czarnych. Czy jest tak, że bardziej poważna twórczość prezentowana jest w Bieliźnie, a lekkie, zabawne teksty idą do Czarno-Czarnych?

J.J.: Przy pisaniu tekstów obowiązuje jeden klucz – muzyka. To ona jest główną inspiracją. W przypadku Bielizny twarde riffy skłaniają do bardziej zakręconych ujawnień. Konwencja Czarno-Czarnych to zdecydowanie bardziej pogodne klimaty. Zawsze jednak staram się, aby nawet  błahe, miłosne tematy, były podane w sposób charakterystyczny tylko dla mnie. Nie dzielę tekstów na wesołkowate i zakręcone. Zawsze przystępuję do pisania, kiedy gotowy jest materiał dźwiękowy. Jestem bardzo krytyczny w stosunku do swoich dokonań. Zanim zaakceptuję ostateczną wersję tekstu, kilka kartek ląduje w koszu. Mam nadzieję, że oba moje zespoły sprawiają przyjemność odbiorcom. Najpierw można popaść w melancholię przy Bieliźnie, a potem powoli wracać do siebie przy Czarno-Czarnych.

(wywiad ukazał się w miesięczniku studenckim Pressja 12.2009)