Recenzja: Warsaw Dolls "Trochę glamu, trochę szlamu" - the best of Warsaw Dolls

Nie będę ukrywał. Lubię tych dziadów i nawet, gdy rozum podpowiada, że mógłbym bezczelnie wytknąć jakieś słabości pełnowymiarowego debiutu punk rockowych cudaków z Warsaw Dolls to serce każe milczeć. A co mi tam. Zresztą, chłopaki z zespołu posłali mi ukłony we wkładce do tej elegancko wydanej płytki, więc jakaś presja pozytywnej opinii na mnie ciąży. No dobra. Pożartowaliśmy, więc pora odłożyć kurtuazję na bok i rzetelnie podejść do sprawy.
 
Po dwóch wydanych własnym sumptem garażowo-studyjnych demówkach „Mistrz konsolety ucieka” z 2011 roku i „Trzy setki po obiedzie” z 2012 roku, oraz koncertowej płytce „Liver for the music” ( której recenzja pojawiła się już na blogu) nadszedł czas na prawdziwie studyjny debiut. „Trochę glamu, trochę szlamu” w głównej mierze jest podsumowaniem dotychczasowej działalności zespołu, bo z 13 zawartych na krążku numerów aż 10 znalazło się na wspomnianych wyżej wydawnictwach. W sumie, jest to trochę takie „The Best of Warsaw Dolls”. Ale demo to demo. Nakład niewielki i nie wszystko brzmi na nim tak jak powinno, więc czasem warto nadać staremu kawałkowi drugie życie. Chłopaki zapowiadali, że „Trochę glamu” będzie już nagrane porządnie, sterylnie, studyjnie i czysto. Nie do końca tak jest, bo owszem brzmienie jest lepsze i wszystko słychać wyraźniej, ale zostawiono miejsce na luz i odrobinę brudu znanego z demówek. Nie wiem jak było, ale wydaje mi się, że muzycy nie siedzieli po pięć godzin nad każdym dźwiękiem i większość muzy nagrywano prosto z biegu. Jak się jest upierdliwcem i muzycznym purystą, to można wyłapać pewne niedociągnięcia, ale jak śpiewała kiedyś Prawda, to co krzywe to jest właśnie żywe. Jedno jest pewne – Warsaw Dolls nigdy jeszcze nie brzmieli tak dobrze. Nie jestem tylko przekonany do jednego. Charakterystyczna gra gitary basowej została za bardzo wyeksponowana, ale to już kwestia gustu. Co do basu, kiedyś recenzując koncertówkę Happysad zauważyłem, że ich basista przez cały koncert zagrał tylko dwa przejścia. Joey Dollz z WD na „Trochę glamu, trochę szlamu” wydobył ze swojej basówki więcej dźwięków niż Happysad zagra w całej swojej karierze. Widziałem ostatnio nowe DVD Happysad i bardzo się zdziwię gdyby było inaczej.
 
Wracając do WD. Oprócz numerów z demówek, mamy tutaj premierowe bujające „Zatrute DNA”, lingwistycznie zakręconego „Goryla Laryngo” i nostalgicznie przebojowe „Wyjechać czy zostać”. Gimby nie pamiętają, ale motyw, z tego ostatniego numeru zainspirowano zapewne klasykiem lat 90. z tekstem „gdy masz tysiąc kłopotów, świat wydaje się ponury, do naszego dołącz chóru i zaśpiewaj tut turu”. Mniej lub bardziej jawnych inspiracji jest tutaj sporo, ale Warsaw Dolls nie są zasłuchanymi w Farben Lehre młodzieńcami. Oj nie. Muzycznie rządzą lata 70te i 80te ubiegłego wieku, a pod względem tekstowym horyzonty są znacznie szersze i wykraczające poza ramy zarezerwowane dla punk rocka. I dobrze. Cytując książeczkę dołączoną do płyty „jeżeli i Ciebie uwiera marionetkowa płycizna albo posępny patos w muzyce, na pewno to docenisz”.
 
Płytę, jak na inicjatywę DIY wydano bardzo profesjonalnie. Niektórzy undergroundowi wydawcy mogliby podpatrzeć, jak powinna wyglądać fajnie wydana płyta w czasach, gdy fizyczne nośniki przeżywają defensywę. Ja z kupowania płyt się raczej nie wyleczę, ale jak młodzian ma wydać te dwie czy trzy dychy, to niech dostanie coś więcej niż srebrny krążek i okładkowy minimalizm. Jeśli ma szukać tekstów w necie, to muzyki też tam będzie szukał.
 
Co tu dużo gadać. Warsaw Dolls to fajna kapela, więc i „Trochę glamu, trochę szlamu” jest fajnym albumem. Chłopaki nie męczą buły i mimo tego, że nie grają mega nowocześnie, to nie jest to granie wyłącznie dla zgredów. Gimby nie znajo? Niech poznajo. Zapraszam i polecam, Piotr Fronczewski.
 

Warsaw Dolls „Trochę glamu, trochę szlamu” Warsaw Dolls, Listopad 2013
 

Recenzja: Kat „Rarites” – rarytasy z grobowca stryja


Skąd ja to znam? Przypomina mi… stare dobre czasy. Nie słuchałem starych nagrań Kata już parę dobrych lat a tu taka niespodzianka. Od dawna w internecie krążyły słuchy, że w archiwach Kata jest sporo nagrań, które nigdy nie ujrzały światła dziennego. Pogłoski okazały się prawdziwe, a „Rarites” odsłania 11 nagrań prezentujących historyczne i zaskakujące brzmienie Kata.

Każdy wie, że Kat to legenda polskiego metalu, jednak po nagraniach zawartych na płycie z początku ciężko się tego domyślić. Pięć utworów z sesji ze studia Polskiego Radia Katowice z 1982 roku (jeszcze przed oficjalnym debiutem) pokazują Kata w nietypowej odsłonie. Skąd ja to znam? Przypomina mi… klasykę polskiego rocka. Początki Kata brzmiały jak swoiste połączenie Perfectu, Dżemu, a zwłaszcza TSA, które wydawało się być wtedy bardziej ekstremalne muzycznie od ówczesnego stylu załogi Luczyka. Kat zaczynał od hard-rocka i rockowych ballad. Tych ballad, z których zespół zrobił później jeden ze swoich znaków rozpoznawczych. Na „Rarites” możemy posłuchać pierwszych wersji „Robaka” i „Bez pamięci”, które wyróżnia nie tylko delikatność głosu Romana Kostrzewskiego i inny aranż, ale spore zmiany w tekstach. „Robak” zyskał wręcz wymowę religijną, gdy Kostrzewski prosi o wniebowstąpienie. Kto by pomyślał, że później Kat będzie budził takie kontrowersje?

Ostrzejsze oblicze Kata widać dopiero w koncertowych numerach z festiwalu w Jarocinie. Roman śpiewa już ostrzej, a gitary są siarczyście, jak to wtedy bywało, przesterowane. Jednak w dalszym ciągu jest to fuzja hard-rocka z elementami heavy, a nie konkretne, metalowe granie. Trashowe oblicze Kata prezentuje dopiero mocno nieczytelna angielska wersja „Porwanego obłędem” (tego numeru z kultowym wersem „nad grobem stryja”) oraz nieco toporny instrumental, który spełnia odwieczny warunek tego typu wydawnictw, że na końcu publikuje się najsłabszy numer.

Rarites” pokazuje muzyczną ewolucję stylu Kata – od osadzonego w hard-rocku polskiego rocka, przez heavy-metalowe wtręty, aż do trash-metalowego ognia i fascynacji grupą Metallica. Wszystkie utwory, jakie się tutaj znalazły nie były dotąd publikowane, a część z nich nie pojawiła się na kolejnych płytach. Tak więc mamy tu parę premier po latach. Za to, te kawałki, które odświeżono na kolejnych płytach Kata dają najwięcej radości – „Diabelski dom I” i numery z „Ballad” sprawiają, że ciężko się nie uśmiechnąć pod nosem. Zresztą, zawsze ceniłem humorystyczny aspekt tekstów Romana Kostrzewskiego, które niekiedy są ekstremalnie osobliwe. Czasem nawet bardziej osobliwe niż charakterystyczny taniec Romka.

Kat na swoich rarytasach nie gra jeszcze profesjonalnie ale dobrze rokuje. Na plus wybija się głównie gitara solowa. Sekcja rytmiczna nie porywa a Roman nie śpiewa czysto, ale te pierwotne wersje mają w sobie sporą dawkę mocy i coś nieokreślonego, co powoduje, że słucha się tego z ogromną frajdą. Fanów zespołu namawiać nie trzeba. Wystarczy, że na okładce zobaczą klasyczne logo Kata, a dla mnie „Rarites” to jeden z najbardziej sympatycznych albumów, jakie ostatnio słyszałem.

Krążą słuchy, że coś w archiwach Kata jeszcze zostało, a te 11 numerów to dopiero pierwsza porcja staroci. Jeśli to prawda, to z chęcią posłucham, co tam w grobowcu stryja jeszcze zostało.

Kat „Rarites”, Metal Mind Productions, Listopad 2013

Pozostając w temacie archiwów zapraszam do lektury wywiadu z Romanem Kostrzewskim.

Recenzja: Gooral & Mazowsze „Przystanek Woodstock 2013” – ambitnie i poprawnie

Z przyjemnością ogłaszam, że Złoty Melon otworzył sezon koncertowych DVD z Przystanku Woodstock 2013. Serię audiowizualnych wspominek z 19-tej edycji festiwalu otwiera Gooral & Mazowsze, czyli jeden z trzech projektów specjalnych, które w tym roku mogli zobaczyć uczestnicy imprezy. Kolejne dwa to historia punk rocka w wykonaniu Farben Lehre oraz historia metalu Huntera, które, mam nadzieję, także wkrótce ukażą się na DVD.
 
Projekty Huntera i Farben Lehre łatwo osadzić w woodstockowym klimacie, za to Gooral z Mazowszem jest przykładem nietuzinkowych pomysłów, które kiełkują w głowie Jurka Owsiaka. Idea z pozoru zaskakująca, ale Polacy mają to do siebie, że gdzieś im ten folklor głęboko w sercu siedzi. Weźmy statystycznego fana death metalu. Nawet on przy ludowiźnie nieświadomie tupnie nóżką. Siła folkowego grania tkwi w prostocie i oklepaniu pewnych motywów. Każdy przecież wie, co w murowanej piwnicy robili zbójnicy. Projekt Gooral & Mazowsze z założenia miał połączyć coś więcej niż dwa regiony. Kto zna debiut GooralaEthno elektro” ten wie, że nie jest to przaśny folklor jeno nowoczesna fuzja muzyki góralskiej z elektronicznym, klubowym klimatem. Zespołu pieśni i tańca Mazowsze i jego roli w tym projekcie przedstawiać nie trzeba.
 
Jak zatem mazowiecko-góralski, tradycyjno-nowoczesny mix sprawdza się na scenie? Początek nie porywa. Przez pierwsze utwory widać po twarzach chórzystek z Mazowsza, że nie do końca odpowiada im rytmika i skromne bity serwowane przez Goorala. Widać pewne zagubienie, a wokale miejscami nie do końca zgadzają się z rytmem. Pasowałoby zaaranżować chór nieco inaczej, kładąc akcenty zgodnie z bitem, ale jest jak jest. Pierwsza część koncertu oparta na repertuarze Mazowsza z domieszką Goorala pozostawia mieszane uczucia. Nie do końca buja, ale ogarnąć taki mix to nie taka prosta sprawa. W pierwszej części najlepiej wypadł konwencjonalnie zaaranżowany numer „Furman” z wiodącym wokalem prowadzącym.
 
Początki bywają trudne i później ekipa się rozkręca. Mazowsze rusza na przebierki, a na scenie pozostaje Gooral z wokalistką Wiosną, wokalistą Kamerem oraz wsparciem granych na żywo skrzypiec. Część koncertu Goorala wypada znacznie lepiej. Widać, że mocniej trafia do publiki, która widocznie się ożywia. Muzyka i aranż też są pełniejsze, w końcu to numery, które Gooral stale wykonuje. Część Goorala wyraźnie spójniejsza, co widać, słychać i czuć.
 
Trzecia część koncertu, to powrót Mazowsza, ale już w góralskich strojach. Klubowe beaty, żywe skrzypce, chór Mazowsza i ekipa Goorala to najbardziej sensowny kompromis – podrasowany góralski folk z mocnym chórem. A do tego góralskie tańce, break-dance, beatbox – po prostu full opcja.
 
Początek średni, środek coraz lepszy, ale na koniec dopiero zagrało wszystko tak jak powinno. Ogólnie szału nie ma, projekt ambitny, ale wykonanie po prostu poprawne. Szacunek dla Mazowsza za podjęcie wyzwania. Dla Goorala to nie pierwszyzna, bo już w 2012 roku występował na scenie Przystanku. Fragmenty tego koncertu znalazły się na dodatkach do DVD. Szkoda, że nie wrzucono ubiegłorocznego występu w całości, bo sprawia dobre wrażenie.
 
Tradycyjnie, w przypadku wydawnictw Złotego Melona płyta została w pełni profesjonalnie i elegancko wydane. Inaczej niż przy ostatnich albumach zdecydowano na osobne wydanie DVD i CD z zapisem koncertu. Być może to jednorazowy wyskok, bo na biurku czeka już kolejne, obfite wydawnictwo z 19-tego Przystanku Woodstock – złożona z DVD i dwóch płyt CD rejestracja koncertu laureata ostatniego Złotego Bączka, czyli wiecznych licealistów z Happysad. Recenzja niebawem.
 
Gooral & Mazowsze „Przystanek Woodstock 2013”, Złoty Melon, Grudzień 2013

Recenzja: Le Moor „Komunikat” – debiut kolbuszowskich miglanców

Le Moor sprawił sobie i swoim fanom najlepszy z możliwych prezentów. Z okazji swoich ósmych urodzin kolbuszowscy muzycy wydali pełnowymiarowy, debiutancki album „Komunikat”. Komunikat ani za krótki, ani za długi, gdyż zawiera 10 premierowych utworów i przeszło 30 minut muzyki.


Nie wiem czy Kazik Staszewski ma w Kolbuszowej jakieś nieślubne dzieci, ale muzycznie Le Moor najbardziej przypomina właśnie Kult. Aranżacja, artykulacja wokalisty i przede wszystkim wiodąca rola sekcji dętej i klawiszy mocno przypomina ekipę Kazimierza. Miejscami, kiedy wokalista Dorian śpiewa mocniej gardłem, to nawet brzmi podobnie, ale nie zapędzajmy się w porównaniach. Kiedy Happysad wydał debiutancki krążek to zarzucano mu wtórność i podobieństwo do Pidżamy Porno. Dopiero z perspektywy czasu widać gołym okiem charakterystyczny styl grupy. Myślę, że podobnie będzie w przypadku Le Moora. Może w przyszłości wyeksponuje funkowe motywy, które tu i ówdzie się przewijają? Kultowość na „Komunikacie” rządzi, ale są kawałki, które odstają od reszty, jak choćby mój faworyt „Skrzyżowania” – ładny, prosty i konkretny. Le Moor ma sprawnych muzyków, którzy grać potrafią. Szkoda tylko, że koledzy rzadko dają popisać się Mateuszowi Augustynowi, bo solówki gra ładne, a gitara brzmi bardzo dobrze.

Teksty Le Moora mają swój własny klimat. Dorian Pik operuje bogatym słownictwem. Nie szuka prostych skojarzeń i często dobiera słowa w oryginalny sposób. W sumie, tu także można dopatrywać się inspiracji Kazimierzem S., który dla Le Moora pod każdym względem wydaje się być idolem muzycznym numer 1. Oprócz Doriana, drugim tekściarzem na płycie jest… Jan Brzechwa, do którego „Taktownego umieranialemury dopisały własną melodię. Fajnie to wyszło, a i tekst godny przypomnienia.

Na „Komunikacie” dominuje tematyka życiowa i… śmiertelna. Nie wiem czy to kwestia listopadowej premiery, ale tematyka przemijania, śmierci i zabijania przewija się w 50% utworów. Może memento mori byłoby lepszym pomysłem na tytuł? :) Le Moor jednak wydaje się być rozrywkowym zwierzakiem, bo nawet poważne tematy serwuje w lekki i pogodny sposób.

Le Moor gra przystępną, rockową muzykę. Całość brzmi profesjonalnie, płytę wydano w eleganckim digipaku, więc można śmiało przyznać, że debiut Le Moora jest jak najbardziej udany. Z wyjątkiem numeru „Bab napad”, którego inspiracja do końca pozostanie dla mnie niezgłębioną tajemnicą. 

Le Moor „Komunikat”, Funky Flow Production, Listopad 2013

Recenzja: Adam PW Smith „This place is awesome” - ciężkie życie niezależnego muzyka

Adam PW Smith, 43-letni fotograf z Kanady, miał marzenie. Mimo długoletniego związku z kanadyjskim undergroundem nigdy nie doświadczył na własnej skórze jak to jest być w trasie koncertowej z punk rockowym zespołem. Żeby sprawdzić co to za uczucie, umówił się z kanadyjskimi folk-punkami z The Dreadnoughts, że dołączy do ich busa w trakcie tygodniowej trasy po Anglii w 2009 roku. „This place is awesome” jest barwą relacją z tej podróży, a podtytuł, „A strange, funny, drunken, sad, noisy week withe The Dreadnoughts”, dobrze oddaje kalejdoskop wrażeń, jakich doświadczył autor.

The Dreadnoughts to specyficzna ekipa – żywiołowy, oddany idei D.I.Y undergroundowy band, który zwiedził świat wzdłuż i wszerz. Trasy koncertowe chłopaków trwały miesiącami. Dzień w dzień, bez wsparcia wytwórni fonograficznych, własnymi siłami podbijali kolejne miasta, kraje i kontynenty. Niejednokrotnie odwiedzali też Polskę, czemu oddali hołd w portretującym ich styl życia numerze „Sleep is for the weak”.
Jak wygląda życie w trasie, kiedy jest się członkiem undergroundowej kapeli? „This place is awesome” nie jest zbiorem historii o gwiazdach rocka, które demolują hotelowe pokoje. Granie w niezależnej kapeli to w głównej mierze brud, smród i ubóstwo. Spanie kątem na podłodze, w busie lub w pubie. Ograniczony dostęp do jedzenia, wody i środków czystości. Zasyfiony bus, przepocone, śmierdzące ciuchy, setki kilometrów trasy każdego dnia, brak prywatności, długie godziny bezczynnego siedzenia w towarzystwie osób, z którymi spędzasz niemal 24 godziny na dobę każdego dnia, targanie ciężkiego sprzętu, monotonne oczekiwanie na występ, aby na koniec dnia zagrać energetyczny koncert, dać z siebie 100% energii na scenie, a po wszystkim uzupełnić poziom alkoholu w organizmie. Dobrze by było gdyby to chociaż był uwielbiany przez The Dreadnoughts cider…
This place is awesome” nie pokazuje świata rockowych kapel, o którym marzą dzieciaki. Granie w The Dreadnoughts to rodzaj specyficznych wakacji, na których może nie zarobi się zbyt wiele, ale jest to jakaś przygoda i wyraz artystycznej wolności. Taka trasa to także balansowanie na granicy wytrzymałości fizycznej i psychicznej muzyków. Są w książce momenty, w których blisko do załamania, ale to mija. Książka Adama raz pokazuje zabawne momenty luzu i rock’n’rollowego stylu życia, a raz oddaje ciężką atmosferę, jaka wytwarza się w trakcie podróży. Adam jest o dobrych parę lat starszy od członków kapeli, dlatego też patrzy na wiele spraw inaczej (czyt. bardziej rozsądnie).
Książka jest dostępna wyłącznie w języku angielskim, a że Adam PW Smith lubi barwne opisy i operuje bogatym słownictwem to dla mniej obeznanych z językiem osób może być trudna. Styl i dowcip Adama kojarzy się niekiedy z Terrym Prattchetem – podobnie łączy żartobliwy ton z błyskotliwym komentarzem. Smith jest dobrym obserwatorem, nie stara się wybielić chłopaków i pokazuje wszystko takie, jakie jest. Bez cenzury i kurtuazji. Życie undergroundowego muzyka jest ciężkie, a szczerość i czarny humor Adama jeszcze to uwydatnia. Mimo wszystko jest to pogoń za marzeniami i to jest super.
Jak wspominałem, Adam PW Smith jest fotografem więc książka jest bogato ilustrowana. Niestety zdjęcia nie są w kolorze, a fakt, że książka została wydana własnym sumptem spowodował, że papier jest, powiedzmy, ekonomicznie słuszny. Mimo tego reportażowe zdjęcia Smitha dobrze komponują się z tekstem i uzupełniają przytaczane historie.
A co dzieje się z chłopakami z zespołu obecnie? The Dreadnoughts po latach koncertowania jednak pękli. Pod koniec 2011 roku ogłosili zawieszenie działalności. Po prostu, zmęczyli się sobą i mieli dość wyczerpujących podróży. Jednak w 2013 roku muzycy zatęsknili za graniem i zaczęli koncertować w Kanadzie. Jeden kraj to dla The Dreadnoughts za mało, bo w styczniu 2014 roku znowu ruszają w krótką, jak na swoje możliwości, trasę, podczas której odwiedzą między innymi Polskę i Anglię. Warto ich zobaczyć. Sam miałem okazję poznać członków zespołu, kiedy graliśmy wspólny koncert w Tarnobrzegu w 2011 roku i powiem krótko – robią show.
„This place is awesome” to 100% prawdy o życiu undergroundowego muzyka w trasie. Sam gram w punk rockowej kapeli i właśnie tak to wygląda, więc jak grasz w zespole to nie dawaj tej książki swojej rodzinie. Więcej informacji znajdziecie tutaj.

 Adam PW Smith, „This place is awesome”, Październik 2011

Recenzja: Bracia Figo Fagot „Eleganckie chłopaki” – tu jest Polska!

Nie wiem czy ktokolwiek spodziewał się, że debiut projektu Bracia Figo Fagot okaże się takim sukcesem. Wysokie miejsce na liście najlepiej sprzedających się płyt w kraju, miliony wyświetleń teledysków na you tube (sama „Bożenka” ma już ponad 10 milionów!), Dziesiątki koncertów i tysiące fanów oznaczają jedno – Bracia Figo Fagot to solidna marka i mimo żartobliwego wizerunku to jedna z największych gwiazd polskiej, młodej sceny.
 


Na czym więc polega fenomen Braci Figo Fagot? To proste. Ile można udawać, że jesteśmy wysublimowanym narodem, który piątkowe wieczory spędzą w filharmonii? Bracia Figo Fagot to piewcy prostego stylu życia opartego na alkoholu, seksie bez zobowiązań i imprezach (w sumie to prawie tak samo jak osławiony Warsaw Shore). Jak sami śpiewają – „alko-polo, disco-chłosta – tu jest Polska!” i faktycznie, stereotypowej (a może nie?) polskości tu nie brakuje. Wiecie jak to jest, gdy wóda zryje banię to w niektórych osobnikach budzą się pierwotne instynkty, dla których muzyka Braci Figo Fagot zdaje się być idealnym dopełnieniem.
 
Eleganckie chłopaki” to album mentalnie niedojrzały jak debiut, ale muzycznie i warsztatowo słychać progres. Nie wiem czy samozwańczy „kardiolog mikrofonuFigo nakłamał w studiu nagrań czy faktycznie wokalnie się poprawił. Trudno ocenić, bo jak śpiewają w „BFF” koncertów na sucho nie grają, więc na żywo nie wypada to tak czysto. Klawisz Fagota na „Eleganckich chłopakach” penetruje zakątki, których na „Na bogatości” nie było. W końcu to Pavarotti kiborda, więc grać potrafi prawie jak Chopin. Oczywiście, mamy tu i klasyczne, rdzenne disco-polo jak choćby w „Bujaj łbem do przodu”, ale muzyka mimo swego densowego rodowodu jest całkiem interesująca. Nie zabrakło kontrowersyjnych momentów, jak jedyna w swoim rodzaju podróż w popowe rejony w zaskakującej „Pościelówie”. Ogólnie, muzycznie ma być do tańca. W sumie… po paru lufach to pewnie i jest. A jak się tańczyć nie umie to zawsze można, chociaż ponakurwiać węgorza.
 
Teksty Braci Figo Fagot to osobna historia. Wóda, seks oralny, imprezy, seks w toalecie, miłość, płatny seks i… tematyka wojskowa (wprawdzie armię mamy zawodową, a służba zasadnicza nie trwa już dwa lata, ale BFF pokazują obraz wojska z lat 90-tych). Z jednej strony po staremu, ale teksty na „Eleganckich chłopakach” wydają się bardziej przemyślane niż te z debiutu. W końcu powstały z myślą o płycie, a nie, jako ilustracja do serialu. Tak samo jak poprzednio, słownictwo jest kwieciste, żart ciężki, epitety barwne, a świnie marudne. Jako ciekawostkę mogę dodać, że tematyka „cygańska” została mocno ograniczona do dwóch subtelnych nawiązań. Piosenki Braci Figo Fagot to dobry materiał do lokowania produktu. Portale z anonsami erotycznymi Odloty i Roksa, „bi em dablju” czy kultowy wśród dresiarzy zapach czarnego Adidasa. Za takie rzeczy powinno się płacić.
 
W jednej z recenzji wyczytałem, że wszystko, co najlepsze z nowej płyty chłopaki opublikowali już na you tube. Otóż nie, gdyż kawałek „Jagiełło” doskonale portretujący świat internetowych seks-znajomości to istny przebłysk tkwiącego w swojej prymitywnej prostocie geniuszu. Całkiem odwrotnie od „Pioseneczki o woreczku mosznowym”, która jest po prostu idiotyczna.
 
Braci Figo Fagot można lubić albo się nimi brzydzić. Jednak ciężko być wobec tego zjawiska obojętnym, bo ze względu na swój kaliber liryczny nie jest to tzw. muzyka towarzysząca. „Eleganckie chłopaki” to album lepszy od debiutu, więc jeśli masz gdzieś polityczną poprawność, lubisz wódę, dźwięk kibordu i świniobranie to lepiej nie trafisz.


Bracia Figo Fagot „Eleganckie chłopaki” SP Records, Październik 2013
 

Już nie ma dzikich knajp...

Listopad to sentymentalny, przesycony nostalgią miesiąc. Refleksyjny nastrój dał się we znaki nawet mi, czemu dałem upust w nowym tekście dla portalu Day&Night. Już nie ma niektórych dzikich knajp, w których piwo było po cztery złote… Zamiast palenia zniczy i popłakiwania za ulubionym klubem zapraszam do lektury.
 
Link do tekstu macie tutaj:
Day&Night – Już nie ma dzikich knajp
 
A tutaj foto z mojego ostatniego koncertu Pod Palmą (07.11.2013 fot: Uri)

Recenzja: Tomek Tomczyk „Blog” – pisz bloga a może będziesz tak bogaty jak córka premiera

Jak zakładałem bloga parę miesięcy temu, chciałem rozpocząć dział z recenzjami książek od „BlogeraTomka Tomczyka, blogera zwanego Kominkiem. Właśnie ta książka była jedną z inspiracji, żebym przestał być anonimowym recenzentem na różnych portalach, a zaczął tworzyć coś pod własną „marką”. Nie napisałem jednak tej recenzji, bo nie był to już świeży tytuł, ale okazja nadarzyła się ponownie, gdyż Kominek wypuścił na rynek swoje nowe dzieło – „Blog pisz, kreuj, zarabiaj” – książkę będącą zarówno kontynuacją, jak i uzupełnieniem swojej poprzedniczki.


Pisz, kreuj, zarabiaj” to doskonałe streszczenie zawartości tego tomu. Chociaż ironiczny uśmieszek Tomka na okładce książki mówi raczej, że pisać każdy może, ale żeby być influencerem i trzepać z tego profity to już nie jest takie proste. Trzeba mieć to coś. „Blog”, jak na poradnikową książkę przystało, pokazuje jednak, że to wcale nie jest aż takie skomplikowane. Wystarczy być konsekwentnym, wierzyć w siebie, stale się doskonalić, znać swoją wartość, myśleć nieszablonowo, mieć własne zdanie i coś ciekawego do przekazania. Brzmi to jak garść motywacyjnych banałów, ale prawdę mówiąc to przepis na sukces w każdej dziedzinie. Trzeba mieć marzenia i po prostu je realizować, tak jak zrobił to Tomczyk. Bez smętnego pieprzenia, że nie wypada, że się nie uda, albo, że praca w markecie wcale nie jest taka zła.


Lekturę „Bloga” zalecam od zapoznania się z „Blogerem”, który pokazał wręcz filmową drogę, jaką Kominek przebył od marzyciela przez anonimowego, kontrowersyjnego, bluzgającego na wszystko blogera aż do uznanej branżowej osobowości. „Blog” dotyczy głównie branżowych tematów, bez tej całej romantycznej otoczki. Po prostu, Tomek w przystępny sposób pokazuje blogowym adeptom, co zrobić, żeby być blogerem zarabiającym na swoje utrzymanie. Począwszy od zaprezentowania odpowiedniej mentalności (jest nawet podrozdział „Kim jesteś?”, w którym niestety zabrakło stwierdzenia „Jesteś zwycięzcą!”) pozwalającej zarabiać z własnej pasji, aż po konkretne porady, w jaki sposób współpracować z firmami. Tomczyk zna się na swojej pracy, więc warto zapoznać się z jego zdaniem. Nawet, jeśli nie masz zamiaru pisać bloga. „Blog” ciekawie pokazuje bebechy tej wciąż młodej branży, które mogą zdziwić niejednego czytelnika lub ludzi podchodzących staromodnie do kwestii marketingu. Zwłaszcza, jeśli patrzysz na świat blogerów przez pryzmat telewizji śniadaniowej. 

Najciekawsze w „Blogu” nie są jednak przemyślenia Tomczyka, a przykłady z życia, Kominka i innych blogerów, wzięte. Dobrym pomysłem byłoby zebrać wszystkie te historie do kupy i wydać kolejną książkę z blogowymi case studies. Z chęcią bym poczytał. 

Tomczyka czyta się przyjemnie – nie nudzi, sadzi dobre zdania w amerykańskim stylu i faktycznie ma coś ciekawego do przekazania. Pamiętam jego bloga sprzed lat, bo sam też wtedy pisałem różne pierdoły, i muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczony, bo z kolesia, który pisał „dr Oetker ty pizdo” (jak nie znacie historii z tym związanej, patrzcie tutaj) wyrósł rozsądny człowiek i trzeźwo myślący biznesmen :) Jak chcecie bawić się w blogowanie, a nie wiecie jak to się robi, to zdecydowanie polecam zarówno „Bloga” jak i „Blogera”.


Tomek Tomczyk "Blog - pisz, kreuj, zarabiaj", Zielona Sowa, Październik 2013

Recenzja: Kultura Wieku Atomowego „Donikąd” – dziewczyny już nie lubią partyzantów

Radomscy punk rockowcy z Kultury Wieku Atomowego wydali niedawno debiutancką EP’kę. Radom zawsze był dość specyficznym miejscem na polskiej scenie muzycznej. Miasto całkiem spore, ale żeby wymienić parę rockowych zespołów, która wywodzą się z Radomia trzeba się mocno zastanowić. Tradycji może nie ma zbyt bogatych, ale zobaczymy, co do zaoferowania ma Kultura Wieku Atomowego z miasta chytrych miłośników oranżady.

Donikąd” to zaledwie 4 numery i niecałe 12 minut materiału. W sumie to dość sporo jak na punkową kapelę. Zwłaszcza, że sądząc po nazwie na „Donikąd” spodziewałem się półtoraminutowych numerów i pogo-punkowych hymnów o alkoholu i wyścigu zbrojeń. KWA to jednak inna para cockneyów, a że numerów na płycie jest mało to po kolei napiszę parę zdań o każdym.

EP’ka zaczyna się od dość niechlujnego zaśpiewu w „Kto zabił kota Filemona?”. Czyżby polska odpowiedź na „Who killed Bambi” brawurowo wykonane przez Ten Pole Tudor w „Great rock’n’roll swindle”? Nie do końca. „Filemona” cechuje wolne, można by zaryzykować stwierdzenie, że wręcz balladowe, tempo zwrotek przechodzące w prostą, punkową łupankę na dwa w refrenie. Co zaskakujące, w refrenach oprócz wokalu głównego pojawia się growlujący chórek.

Drugi numer, „Plemienny”, w dalszym ciągu utrzymany jest w powolnym rytmie, który z założenia ma bujać niczym rap-core. Do tego dochodzi perkusyjne solo po drugim refrenie. Całość zwieńczona została dość nietypowym, urwanym zakończeniem. W sumie nawet nie wiem jak to opisać, żeby dobrze oddawało sens tego motywu. Myk i po kawałku.

Trzeci utwór, „Butelki”, zaczyna się balladową wstawką na gitarce, która przechodzi w motoryczny, klasyczny punk rock, z gitarową zagrywką w stylu Motorhead. Później znów mamy balladowy, delikatny bridge i wracamy do punk rocka. W sumie to chyba najlepsza, pod względem muzycznym, piosenka na płycie.

Ostatni na demie kawałek „El Comendante”, w dalszym ciągu utrzymany jest w powolnym tempie. Gitary grają ciekawie, urywane zagrywki wpuszczają wokal na pierwszy plan. Znowu mamy bridge, podobny do „Plemiennego”, ale tym razem z wiodącą linią basu.

Muzycznie szału nie ma, ale KWA ratują teksty. Za słowa piosenek odpowiedzialny jest gitarzysta i wokalista Pabloski, który potrafi spojrzeć na klasyczne tematy z nieco innej perspektywy. Chłopaki krytykują media, polityków, rozwarstwienie społeczne i jak to nazwali pewni szczecinianie „zamianę rebelii na pieniądze”, ale nie robią tego tak jak tysiąc innych kapel przed nimi. Tego, czego mi tu najbardziej brakuje, to szybszych momentów, które urozmaiciły rytmicznie materiał z „Donikąd”. Ogólnie, rytmika jest najsłabszym punktem programu. Perkusista powinien spiąć poślady, dorzucić nieco mocy do pieca i urozmaicić swój repertuar rytmiczny. No i poćwiczyć z metronomem, wtedy całość zapewne nabrałaby odpowiedniego kopa.

Czy Kultura Wieku Atomowego zmierza donikąd? Wprawdzie, „dziewczyny już nie lubią partyzantów”, ale po EP widać, że chłopaki mają pomysły, teksty są całkiem niezłe, ale warsztat zdecydowanie trzeba jeszcze doszlifować.

Całość wydano metodą DIY, z drukowaną okładką, mini-książeczką z tekstami oraz wypalanym CD z nadrukiem. Całkiem przyzwoicie to wygląda. Płytkę za parę zeta można kupić bezpośrednio od zespołu. 

Kultura Wieku Atomowego „Donikąd”, Październik 2013

Recenzja: Shamboo + Muniek „Tata” – zgredy dają czadu

Nazwa Shamboo do tej pory mówiła mi raczej niewiele. Nie kojarzyła się też jakoś szczególnie przyjemnie, ale gdy muzycy są nastolatkami i wybierają nazwę punk rockowej kapeli to taki szyld wydaje się wyśmienitym pomysłem. Znam to aż za dobrze :) No właśnie. Nazwa osobliwa, kapela niemal anonimowa, a na okładce dwa zgredy. Ale za to jakie! Jeden z nich to Muniek Staszczyk z T.Love, a Shamboo to band, w którym w 1982 roku rozpoczynał swoją przygodę z punkiem i rock’n’rollem.
Zespół zawiesił swoją działalność w 1987 roku i w stanie hibernacji trwał aż do 2009 roku, kiedy na życzenie Muńka reaktywował się, żeby zagrać na jego koncercie urodzinowym. Po tym wydarzeniu muzycy doszli do wniosku, że z rock’n’rolla jednak się nie wyrasta i postanowili pchać ten wózeczek dalej, czego efektem jest płyta „Tata” sygnowana nazwą Shamboo + Muniek. Nazwa poniekąd jest chwytem marketingowym, bo podstawowy skład z wokalistą Maciem radzi sobie całkiem nieźle, ale Muniek wsparł swoich kolegów z piaskownicy użyczając swojego imienia oraz udzielając się wokalnie w paru numerach. Oczywiście w tym singlowym także ;) Jednak z „Taty” byłby nie lada pierdoła, gdyby kapela nie udowodniła, że ma do zaoferowania coś więcej niż kolegę ze znanego bandu. Na płycie znalazło się aż 17 numerów penetrujących rockowo-punkowo-rock’n’rollowe klimaty. Miejscami brzmi to jak podrasowany T.Love Alternative czy kapele z tzw. harcerskiego nurtu punk rocka („Zmieniamy świat na lepszy” brzmi jak porządny numer wzięty żywcem ze złotych czasów Rozgłośni Harcerskiej) ale oferuje także świeże, mocne i rockowe oblicze. Czuć w muzyce Shamboo, że kapela wywodzi się z lat ’80 ale nie stara się odtwarzać starych klimatów na siłę. Muzycznie album jest dość zróżnicowany, ale rządzą podane ze smakiem punkowo-rockowe granie rodem z końca ubiegłego wieku.


W tekstach kapeli czuć ducha starego T. Love Alternative, ale to margines. Jest tu sporo zbuntowanych fraz, parę poetyckich wycieczek, odrobina humoru oraz tematyka miłosna podana w rockowym stylu. Ogółem całość wypada fajnie i zarówno pod względem muzyki jak i tekstów słucha się tego miło i sympatycznie.
 
Najlepsze w tej płycie jest jednak to, że Shamboo pokazuje, że po latach hibernacji można ponownie chwycić za gitary, zebrać zespół do kupy i nagrać fajnie brzmiącą, porządną rockową płytę. Może i wypada zakryć zmarszczki ciemnymi okularami, a włos nieco się posrebrzył, ale zgredy z Shamboo, wbrew tytułowi płyty nie są tak podtatusiali jakby się mogło wydawać. Nie widziałem ich jeszcze na żywo, ale na płycie dają czadu. A każdemu rock’n’rollowemu zgredowi, który trzyma swój zakurzony sprzęt gdzieś w piwnicy życzę, aby zabrał się do roboty i poszedł w ślady ekipy z Częstochowy.

Shamboo + Muniek „Tata”, SP Records, Wrzesień 2013

Relacja: The Toy Dolls w Krakowie – kto nie był niech żałuje

Takiego wydarzenia jak koncert The Toy Dolls w Krakowie nie mogłem przegapić. Legenda radosnego punk rocka z Anglii do tej pory w Polsce grała zaledwie trzy razy – w marcu 2013 roku zawitała do Gdyni, a wcześniej zagrała dwa koncerty w… 1995 roku – w Warszawie i właśnie w Krakowie. Polska zawsze była nieco pokrzywdzona pod względem ilości zespołów, które nas odwiedzały. Toy Dolls grywał u naszych sąsiadów wielokrotnie skutecznie omijając nasz kraj. Jednak fani o nich nie zapomnieli o czym można było się przekonać pojawiając się 19 października 2013 roku w krakowskim klubie Kwadrat. Spora ilość załogantów w okolicach 40-tki świadczyła o tym najdobitniej.
Pojawiłem się w klubie w okolicach połowy setu zespołu Leniwiec, który wraz z The Billem rozgrzewał krakowską publikę. Pierwszy raz widziałem na żywo nowe oblicze Leniwca i muszę przyznać, że grupa mocno się sprofesjonalizowała. Muzycznie dalej gra najbardziej młodzieżową odmianę punk rocka, ale robi to naprawdę sprawnie i z dużą dawką energii. Znacznie gorzej zaprezentował się The Bill, który mówiąc kolokwialnie męczył bułę. Może to kwestia tego, że muzycy chcieli się pokazać od bardziej ambitnej strony, udowadniając, że ich twórczość to nie tylko „Sex&Roll”? Średnio to wyszło, chociaż przyjęcie było całkiem ciepłe.
Po dwóch krótkich setach nastąpiła chwila przerwy, po której rozległy się dźwięki walca i po charakterystycznym intro na scenie pojawili się wiecznie młodzi panowie z The Toy Dolls w jednym z najmocniejszych składów – z Amazing mr Duncanem na perkusji i Tommym Gooberem na basie. Po Oldze nie widać, że spędził na scenie ponad 30 lat. Może nie jest już tak chorobliwie szczupły, ale wygląda tak, jakby zaczął grać w kapeli w wieku 2 lat.

Toy Dolls zaczęli od „Cloughy is a bootboy” i muszę przyznać, że nawet tak przeciętny kawałek jak ten na żywo wypada doskonale. Zresztą, słabych momentów nie było. Olga z ekipą na żywo dają z siebie wszystko. Nie ma tutaj mowy o siłowym odgrywaniu starych numerów, a muzycy zdają się bawić równie dobrze co publika. Widać to była zwłaszcza podczas wstępu do „Spiders in the dressing room”, gdzie perkusjna zagrywka Duncana rozbawiła Olgę na tyle, że przez chwilę nie mógł się opanować i zaśpiewać wstępu do końca.



Trochę zaskoczyła mnie krakowska setlista. Nie spodziewałem się takich staroci jak „Tommy Koweys car”, „Bless you my son”, „Queen Alexandra” czy „Ashbrooke launderette” – z zakończeniem zagranym na skrzypcach przez Duncana – ale było to zaskoczenie jak najbardziej pozytywne. Fajnie wypadła też koncertowa wersja „Olga I cannot”. Z nowej płyty pojawiły się tylko dwa kawałki – „Credit crunch christmas” i „Dirty Doreen”. Ogólnie, dobór numerów nieoczywisty, ale bardzo pozytywny. Oczywiście nie spełnili moich wszystkich koncertowych życzeń – zabrakło choćby „Back in 79” czy „She goes to Finos” ale może usłyszę je innym razem.
Nie byłoby Toy Dolls, gdyby nie specyficzny show – charakterystyczne, dopasowane stroje, podskoki, choreografia czy dodatkowe efekty specjalne, jak sztuczny śnieg w „Credit crunch christmas”, strzelająca konfetti wysłużona butelka lambrusco w „Lambrusco kid”, czy obracanie gitar o 360 stopni w „Wipe out”. Były też sztuczne włosy na klacie Olgi, ale szybko zostały zdepilowane. Wszystko precyzyjnie dopracowane, porządnie zagrane i nie pozbawione frajdy. Młodzież niech patrzy, jak się robi show w sile wieku.
Miałem pewne obawy, jak zespół wypadnie na żywo. Toy Dolls słucham od lat i jakby wypadli przeciętnie, byłbym okropnie zawiedziony. Miałem tak choćby po koncercie Bad Religion, który przysłowiowej dupy przysłowiowo nie urwał (wiem, nie ma przysłowia o urwanej dupie, ale wiadomo o co chodzi). Toy Dolls jednak przeskoczył wysoko postawioną poprzeczkę i Ci, których nie było mogą tylko żałować. Jedyny minus to czas trwania ich show, bo z bisami grali niecałe 75 minut. Pozostał niedosyt, ale jak zespół wróci ponownie do Polski z chęcią pojadę jeszcze raz. Toy Dolls na żywo? Zdecydowanie polecam.
Fot: S.Z.

Pół roku na podkarpackiej scenie

Na stronie miesięcznika Day&Night pojawił się mój nowy tekst - "Pół roku na podkarpackiej scenie". Tym razem przedstawiłem pięć płyt, które ukazały się na Podkarpaciu w pierwszej połowie 2013 roku - "Czas" Monstrum, "Najmniejsze przeboje" Łagodnej Pianki, "W końcu" The Sabała Bacała, "Masz prawo?" Ortodox oraz debiut Trotów. W sumie to dawno nasza scena tak obficie nie obrodziła, a fakt, że płyty są ciekawe cieszy tym bardziej.

Link do tekstu macie tutaj:

Recenzja: Burek! Dobry Pies „Pamiętajcie o ogrodach”/ Na Zewnątrz „Koniec 2013” - 100% punk split

To, że trzeba sobie pomagać i lepiej współpracować niż rywalizować wie każdy. Nie każdy jednak z tej mądrości korzysta. Zwłaszcza na polskiej scenie muzycznej. Chlubnym przykładem na jej tle są niektóre punk rockowe kapele, które trzymają sztamę i pomagają sobie nawzajem. Weźmy choćby zespoły Na Zewnątrz z Lipska i Burek! Dobry Pies z Bieszczad, które postanowiły swoje nowe nagrania wydać wspólnie w formie kompaktowego splita. Da się? Da się.
Zacznijmy od zakapiorów z Burka! Dobrego Psa. 8 numerów w ich wykonaniu można zakwalifikować, jako punk żywcem przeniesiony z epoki złotych czasów Jarocina. Nie tego badziewiaka z obozu Silvertonu, tylko tego wcześniejszego. Burek gra ostrego, dosadnego punk rocka. Prostego, lecz nie prostackiego. Muzycy grają sprawnie, wokal jest mocny, a nowoczesności dodaje fajnie zrobiona perkusja. Kiedyś kapele tak dobrze nie brzmiały. Muzycznie brakuje mi tu jedynie drugiej gitary w składzie. Muzyka jest bardzo retro, ale teksty Burka odstają od jarocińskiej poetyki. Mimo tego, że są tu wersy o alkoholu to kawałki są pomysłowe i dobrze ilustrują codzienność Polski B. Snujący się po bazarach menele, bieda, zaściankowość i dotkliwy brak celebrytów to znajome krajobrazy. Zastanawia mnie jedynie zasadność pokrzykiwania popularnego słowa na „ch” w niektórych numerach, ale to już znak rozpoznawczy bieszczadzkiej ekipy. Jako ciekawostkę, w Burkowej części znajdziemy cover zapomnianej kapeli Kajman & The Big Bit w klimatach… reggae.

Druga część płyty to 10 kawałków w wykonaniu Na Zewnątrz – grupy, która łączy ostrego pogo punka z elementami trashu i metalową poetyką. Muszę przyznać, że nieco mnie zaskoczyli. Zwłaszcza pod względem tekstów, które są jedyne w swoim rodzaju. Takie wersy jak „zataczam żelazny krzyż, na dnie pentagramu”, „nadejdzie noc, odejdzie bóg, zostanie głaz i zbulwersowany szatan” czy „tylko cień w takich klatkach jest prawdziwy, nie udaje innego cienia” są co najmniej osobliwe. Przynajmniej jak na punkową kapelę. Znajdziemy tu też bardziej konwencjonalne numery o policji i nonkonformizmie, ale w każdym bądź razie ekipa Na Zewnątrz do optymistów nie należy. Teksty wsparto prostym, czadowym graniem – podobnie jak w Burku zagranym na jedną gitarę. Trochę szkoda, bo z dwoma gitarami, bardziej dopracowanymi solówkami i podwójną stopą w perkusji muza chłopaków brzmiałaby naprawdę mocarnie. Na Zewnątrz także przygotował na swojej części cover. Wybór padł na „Cop carsThe Exploited. Co ciekawe, z polskim tekstem.

Płytę wydano w digipaku. Na okładce widnieje napis „100% punk rocka” i nie jest to chwyt marketingowy. Na Zewnątrz i Burek! Dobry Pies pokazują, że w czasach neo-punka, scremo i emo-core’a da się grać muzę w starym stylu. Ten split nie trafi może do fanów Dream Theather, ale punkowym załogantom z sentymentem do starych czasów powinien się spodobać.

Wyd. Oficyna Daj Mi Nogę, Lipiec 2013

Świetliki i ich sromotna premiera

Z założenia miałem nie publikować tutaj informacji prasowych, ale ta jest tak specyficzna, że ją wklejam w całości.

"12 października, jak Bóg da, nakładem Karrot Kommando ukaże się płyta pt. "Sromota". Ponieważ niewiele jest rzeczy mniej stosownych i bardziej żałosnych niż artysta/autor zachwalający swoje dzieło, oto garść jedynie suchych faktów:

1. "Sromota" to szósty album naszego zespołu nagrany/wydany po ośmiu latach przerwy albo jak kto woli, mentalno-spirytualnych wakacji.

2. "Sromota" to 36 piosenek/utworów trwających łącznie około 130 minut. Materiał, ze względów formalnych i treściowych oraz dla wygody Słuchaczki/ Słuchacza, został rozdzielony na trzy płyty CD (płyta A, płyta B i płyta tzw. bonusowa) zamknięte w jednym, gustownym opakowaniu.

3. Płyta A i B to w zasadzie jedna płyta z 20 piosenkami.

4. Najkrótszy utwór trwa 40 sekund, najdłuższy 8 minut. Wszystkie trwają tyle ile trzeba.

5. Brzydkie słowo w tekstach pojawia się tylko raz.

6. Nagraliśmy "Sromotę" w nowym, sześcioosobowym składzie. Każdy grał na tym na czym potrafi, a były to instrumenty z epoki. Goście (Bogusław Linda, Pablopavo i Fryderyk Lutyński) pojawiają się w siedmiu piosenkach na płycie bonusowej. Stopień zaangażowania gości jest rozmaity. Teksty (zdecydowana większość) napisał Marcin Ś., muzykę (zdecydowaną większość) skomponował zespół. Za tzw. miks i produkcję odpowiada pan Dariusz Grela z Krakowa oraz cały zespół.

7. Projekt okładki wymyśliliśmy sami, Marcin Ś. wyrysował zaś swoją rączką co trzeba.

8. Na okładce i w środku są zdjęcia ludzi i zwierząt domowych.

9. Pewną część kosztów związanych z nagraniem/ wydaniem "Sromoty" pokrył dochód/przychód ze sprzedaży domowej roboty mini-albumu pt. "Gwiazdka". Ci, którzy kupili wiedzą o co chodzi i jesteśmy im za szczodrość bardzo wdzięczni.

10. Nie reklamujemy nikogo ani niczego. Nie mamy żadnych sponsorów ani wsparcia jakiegokolwiek ministerstwa. I nikt nam medialnie nie patronuje. Nagranie/ wydanie "Sromoty" nie obciąża polskiego podatnika.

11. "Sromota" to nie projekt, produkt ani tym podobne. To DZIEŁO sześciu umysłów i dwunastu rąk.

12. Czy się komu w stolicy albo gdzie indziej podoba czy nie, są podstawowe wartości: bonum, pulchrum, verum - a Polska jest tylko jedna. I jest to nasza Ojczyzna.

13. Tyle. Wszystko inne się wyjaśni lub/i objawi jak Słuchaczka/Słuchacz "Sromoty" posłucha.

Świetliki"

Zapowiada się ciekawie :)

Recenzja: The Analogs "Pełnoletnia oi młodzież" - przeżyjmy to jeszcze raz

Gdyby polska scena punk miała swojego Pudelka to szczeciński The Analogs byłby jednym z jego pierwszych bohaterów. Nie pamiętam drugiej polskiej punkowej płyty, która wywoływałaby takie kontrowersje jak debiut Analogsów. Wydaną 18 lat temu kasetę „Oi młodzież” znał każdy, chociaż czasami nie wypadało się do tego przyznawać. Raz, bo to skinheadzi, którzy wtedy jednoznacznie kojarzeni byli z nazi-skinami, a dwa bo teksty o "niezależnym getcie", przemocy, biciu hipisów, okradaniu samochodów i rozróbach nie wpisywały się w ówczesne punkowe standardy. „Oi młodzież” to było coś nowego i, chcąc nie chcąc, ważnego. Stąd też pomysł, aby odświeżyć ten materiał i nagrać całość ponownie. Kasetowe wydanie „Oi młodzieży” znałem na pamięć. Nie przeszkadzało mi zbytnio, że były nierówności, potknięcia, a Harry niekiedy nie wyrabiał z tekstem, ale jak Analogsi uważają, że mogą drugi raz zrobić to lepiej, to czemu nie? 
Założenie było takie, żeby nie ingerować w aranżacje i nagrać wszystko tak jak kiedyś. Teoretycznie większość się zgadza, ale pewne rzeczy zostały zmienione. Gdzie to fajne tremolo na perkusji z początku „Analogs rules”? Może było krzywe i zagrane z rozpędu, ale miało swój urok. Najwięcej zmian spotkało chyba kawałek „Strzelby z Brixton” – zmieniona rytmika, nieco Clashowe gitary i grzeczne chórki niestety odjęły numerowi mocy. Rozbawiły mnie dodane zaskakujące organki w „Cudzie”. Za to niektóre zmiany wypadły na plus – choćby brak pogłosu na wokalu w tytułowym utworze, który w oryginale brzmiał jak nagranie z kościelnego chóru.

Pewną nowością jest polska wersja Cock SparrerowegoGet a rope” (w oryginale było po angielsku) z odessanym do minimum podkładem i rachityczną solówką. Ogólnie, nowe wersje brzmią bardzo minimalistycznie. Spodziewałem się mocarnego pierdolnięcia, na dwie przesterowane gitary, a całość wypadła bardzo delikatnie. Może miało być oldskulowo? Nie wiem, ale brzmienie gitar jest chyba najsłabszym punktem programu. Na osłodę plus za nową wersję okładki. Oryginalna była baaaardzo osobliwa. 

Pełnoletnia oi młodzież z The Analogs na pewno gra równiej, śpiewa mocniej, ma lepszą dykcję i solidniejszy warsztat. Ale czy ponownie nagrane stare numery brzmią lepiej? To już subiektywna kwestia. Ja tam mimo wszystko wolę sentymentalne stare wersje, ale najlepiej ocenić samemu. A jeśli nie macie debiutu Analogsów, aby porównać zmiany, to polecam zaopatrzenie się w wersję z 2CD – z oryginalnym i nowym materiałem.