Recenzja: Leniwiec "Rozpaczliwie wolny" - Stachura w wersji punky-reggae-live

Rozpaczliwie wolny” to druga płyta Leniwca wydana przez Mystic. Jest to też druga płyta z liczącej sześć krążków dyskografii grupy, która pokazuje nowe, odświeżone oblicze zespołu. Leniwiec zaczynał w stajni Pasażera, jako melodyjny, punk rockowy band z akordeonem zainspirowany graniem w klimatach Zakonu Żebrzących. Pewne zmiany można było zauważyć, gdy w 2008 roku Leniwce nieco spoważniały i zmieniły barwy na Lou & Rocked Boys. Jednak prawdziwa rewolucja zaczęła się wraz z przejściem do Mystic w 2011 roku. Do składu dołączyła wokalistka Agis i drugi gitarzysta. Charakterystyczny głos Muchy zszedł na drugi plan, a Leniwiec podpatrując starszych kolegów z Farben Lehre mocniej niż do tej pory wkręcił się w klimaty punky-reggae-live. Z jednej strony zespół zaczął brzmieć bardziej profesjonalnie, a z drugiej stracił swój charakterystyczny klimat. Przejdźmy zatem do tego, co znajdziemy na „Rozpaczliwie wolnymLeniwcu.
Nowy album zespołu można określić, jako rockowo-punkowo-regałowa poezja śpiewana. Wszystkie piosenki oparto na tekstach Edwarda Stachury, do których muzycy zbudowali zupełnie nowe aranżacje. Raz mamy Stachurę w klimacie Habakuka, innym razem trochę folkowo-akustycznych zagrywek z sentymentem do zielonej wyspy, a do tego parę prostych, melodyjnych punk rockowych melodii z wpadającymi w ucho gitarowymi zagrywkami. Jest przebojowo, różnorodnie i z pewnością nie wieje nudą. Żeby było jeszcze ciekawiej Leniwce zaprosiły na płytę gości specjalnych. Wokalnie usłyszymy tutaj Roberta Szymańskiego z Sex Bomby, Harcerza z Analogsów, Annę Grygiel z Naaman, Dżekiego z Końca Świata oraz Zielonego z Virgin Snatch, który dodał metalowego kolorytu poezji Stachury. Co do samego Stachury, to Leniwiec dobrze wykombinował z wyborem tekstów, które idealnie wpasowały się w punk rockowy klimat muzyki zespołu. No może poza "Piosenką dla zapowietrzonego", która dobrze sprawdziłaby się na harcerskim ognisku.
 
Dopieszczone brzmienie, mięsiste gitary, ciekawe aranżacje, solidny warsztat muzyczny, dopracowana oprawa graficzna, ale jakoś to nowe wcielenie Leniwca mnie nie przekonuje. Niby wszystko się zgadza, ale coś mi tu pachnie mało punk rockowym wyrachowaniem. A może to ja zdziadziałem i nie kumam już młodzieżowego grania? W październiku przekonam się na żywo, bo Leniwiec supportuje The Toy Dolls w Krakowie, a na takim koncercie obecność jest obowiązkowa.

Leniwiec "Rozpaczliwie wolny", Mystic, Maj 2013

Wywiad: Monstrum - pozytywny heavy-metal

Przeglądając swoje archiwa natrafiłem na niepublikowany wywiad z Mariuszem Waltosiem – wokalistą rzeszowskiego heavy-metalowego Monstrum – ze stycznia 2011 roku. Rozmowa odbyła się świeżo po wydaniu trzeciej płyty „Imperium zapomnienia”, jeszcze przed drastyczną zmianą składu, w którym nagrano nowy materiał (link do recenzji). Wywiad nowy nie jest, ale parę kwestii wciąż pozostaje jak najbardziej aktualnych.
Monstrum AD 2010 (fot: Marcin Kruk)
 
Czy istnieje coś takiego jak klątwa zespołów rockowych z Podkarpacia, które znane są wyłącznie w regionie, a poza granicami województwa są niemal całkiem anonimowe?

Mariusz Waltoś – To jest raczej klątwa muzyki rockowej w Polsce. Wiadomo, że wypromowanie nawet koncertu zespołu lokalnego gdzieś dalej jest bardzo trudne. Organizujesz koncert, drukujesz kupę plakatów, za które zapłaciłeś spore pieniądze, wysyłasz wszystko gotowe, żeby ktoś z klubu to rozwiesił, a nikt tego nie robi. Kiedyś na własne oczy widzieliśmy, że gość wyszedł z klubu i na godzinę przed koncertem przyklejał plakaty na drzwiach, resztę wywalił do kosza, a później się jeszcze dziwił, że mało ludzi przyszło. Wiadomo, że wszystko kosztuje i tak naprawdę do wszystkiego dokładasz tylko po to, żeby ktoś cię później za to poklepał po plecach. To jest przyjemne tylko na początku, kiedy chcesz się wypromować, ale później, kiedy masz jakieś oczekiwania to jest to zwyczajnie niesmaczne. Oprócz tego, bardzo ważne są media. Jeżeli one nie pomogą w promocji takiej muzyki to nic z tego nie będzie. To jest podstawa. Monstrum jest w stanie zapełnić sale i sprzedawać płyty w regionie, dlatego, że zrobiliśmy dobrą robotę w mediach. Tutaj nam pomagają, ale gdzieś dalej jest ciężko, bo nikt nie chce promować muzyki rockowej. Prawda jest taka, że albo jesteś w mediach i będziesz próbował działać albo koniec. Przepadło (śmiech). Tak samo jak z każdym produktem. Żeby sprzedać muzykę trzeba ją zareklamować, a za każdą reklamę się płaci. W pewnym momencie pojawiają się inne wydatki w życiu i na muzykę idą same ochłapy. A Monstrum działa bardziej, jako hobby niż zarobek.

Niedawno ukazała się Wasza trzecia płyta „Imperium zapomnienia”, której premiera miała miejsca podczas szesnastych urodzin zespołu. Wydanie trzech płyt przez szesnaście lat to dużo czy mało?

M.W.
– Ciężkie pytanie (śmiech). Jak zakładałem zespół miałem takie marzenie, żeby nagrać chociaż jedną płytę, więc spełniłem je już trzy razy (śmiech). Niektórzy nigdy nie spełniają swoich marzeń. Oczywiście w porównaniu do innych zespołów, to jak na zespół z takim stażem, trzy płyty to niewiele. Chociaż pierwszy materiał wyszedł na dziesięciolecie, więc teraz, co dwa lata wydajemy nową płytę, co jest dobrym wynikiem (śmiech).

Więc za dwa lata pojawi się czwarta płyta Monstrum?

M.W.
– Zobaczymy, co będzie dalej. Może nagramy płytę akustyczną, bo podczas urodzinowego koncertu fajnie wypadły akustyczne wersje naszych piosenek grane z kwartetem smyczkowym. Może jakąś mini orkiestrę dokoptujemy. Koncert nagraliśmy też na DVD więc najprawdopodobniej wydamy też płytę live. Zobaczymy.

Mówiłeś, że każdą płytę trzeba zareklamować, żeby ją sprzedać, więc co powiesz o „Imperium zapomnienia”?

M.W.
– Na pewno jest to płyta ciut ostrzejsza niż druga, ale lżejsza niż pierwsza. Tak mi się wydaje. Wróciliśmy nieco do stylu sprzed lat, chociaż kiedyś nagrywaliśmy utwory zbliżone tempem do siebie, a „Imperium zapomnienia” jest bardzo zróżnicowane. Są tutaj i wolne i szybkie, i ostre i łagodne utwory. Myślę, że nie jest to muzyka tak łatwa w odbiorze jak na drugim krążku, ale od oceniania są słuchacze.

Na koniec chciałbym zapytać o teksty Monstrum. Dla wielu heavy-metal kojarzy się bardziej z tematyką spod znaku „666 the number of the beast”, jak śpiewał Bruce Dickinson, a Ty z kolei śpiewasz o papieżu Janie Pawle II. Skąd pomysł na przejście na jasną stronę mocy?

M.W.
– Jestem katolikiem. Może nie do końca praktykującym, ale wierzę w Boga. Papieża uważam za człowieka wielkiego, który zrobił dla nas i dla Polski bardzo wiele i właśnie to było dla mnie najistotniejsze w przypadku tego tekstu. Zresztą w życiu mamy tyle negatywnych rzeczy dookoła, że wolę się na tym nie skupiać, kiedy piszę teksty do Monstrum. Mimo tego, że gramy też utwory ze smutnym przesłaniem, to staram się przekazywać ludziom coś pozytywnego. Nie chciałbym jeszcze dodatkowo dowalać słuchaczom naszymi tekstami.

Recenzja: Kontrkultura "Poza dobrem i złem" - wyjść poza ramy

Początki krakowskiej Kontrkultury sięgają zamierzchłego 2004 roku, kiedy na gruzach projektu o wdzięcznej nazwie Ewrybady Zgon zawiązał się nowy zespół. Trochę czasu upłynęło, zanim ekipa zdołała wydać swój oficjalny debiut, gdyż dopiero jesienią 2012 roku ukazał się album „Poza dobrem i złem”.

Patrząc na okładkę, ciężko ocenić, jaką muzykę wykonuje Kontrkultura. Czerń, biel, artystyczne grafiki. Co to za granie? Acid Jazz? Post rock? Rock progresywny? Gotyk? No nie do końca – Kontrkultura gra melodyjnego punk rocka ze skłonnością do gitarowych i rytmicznych kombinacji. Krakowianie mają dość ciekawy sposób na budowanie swoich kompozycji – grają punk rocka, a w momencie, w którym zazwyczaj pojawia się solo lub bridge, wrzucają coś z zupełnie innej beczki, zmieniają klimat, riffy, tempo, dorzucają gitarę akustyczną, aby na koniec z powrotem wrócić do punk rocka. Czasem wypada to zgrabnie, ale niekiedy takie urozmaicenie wydaje mi się zbędne („Manekiny”). Jakby ktoś przysiadł przed komputerem i powycinał te fragmenty utworów, to Kontrkultura byłaby kolejnym melodyjnym punkowym bandem. Punk rock to żaden wstyd, więc nie ma, co się bać i czasami uciekać od niego na siłę. Na „Poza dobrem i złem” muzycznie dzieje się sporo. Kontrkultura stroni od banalnych rozwiązań i podpiera to solidnym warsztatem. Brakuje mi tu tylko większego urozmaicenia typów aranżacji. Jakby przy niektórych kawałkach pokombinować nieco mniej, jak choćby w „Sexternecie”, to wpuściłoby to na płytę więcej powietrza. 10 numerów w 40 minut to naprawdę imponujący wynik jak na punk rockowe standardy. Jeden numer trwa nawet ponad 7 minut (z czego 3 minuty to nastrojowy bridge).

Teksty Kontrkultury dobrze wpisują się w nazwę grupy. Muzycy kontestują otaczającą rzeczywistość, lecz sięgają po takie sformułowania i pomysły, że brzmi to oryginalnie i świeżo. Dobrze się tego słucha, a niektóre fragmenty tekstów zapadają w pamięć na długo.

Miałem okazję widzieć niedawno chłopaków na żywo i na koncertach wypadają ostrzej i bardziej punkowo – zwłaszcza pod względem wokalu Zwierza, który na żywo potrafi wydrzeć japę – chociaż pionier punkowego dziennikarstwa nad Wisłą ma nieco odmienne zdanie.

Poza dobrem i złem” pokazuje, że punk rock to nie tylko „trzy akordy, darcie mordy” i na polskiej scenie nie brakuje oryginalnych kapel. Udowadnia też, że w Krakowie artystów mamy pod dostatkiem :)

Kontrkultura „Poza dobrem i złem”, Lynx, Wrzesień 2012

Wywiad: Ortodox - na zasadach D.I.Y.

Dębicki Ortodox po niemal sześciu latach nabrał wiatru w żagle i wrócił z nowym albumem "Masz prawo?". Recenzję płyty możecie przeczytać tutaj, a poniżej znajdziecie zapis rozmowy, jaką przeprowadziłem z wokalistą zespołu Gumisiem.
Co robiliście przez ostatnie sześć lat? Dlaczego tak długo trzeba było czekać na kontynuację „Pod kontrolą”?

Gumiś - Robiliśmy dużo różnych rzeczy. To, że tak długo trzeba było czekać na kolejny materiał wynikało z kilku spraw. Gdy już nam się wydawało, że wszystko mamy dopięte na ostatni guzik, aby wejść do studia, rozstaliśmy się z dotychczasowym perkusistą. W międzyczasie zaczęliśmy organizować w Dębicy koncerty pod szyldem City Punx Show. Gdy udało się znaleźć perkusistę, to trzeba było nauczyć się z nim materiału koncertowego. Później szlifowaliśmy materiału do studia itd. Dodatkowo, musieliśmy jeszcze przenosić się z jednego miejsca grania prób do drugiego, do tego dochodzą sprawy osobiste i tak to się złożyło, że tyle to trwało. Życie.

Bezkoc z Pasażera reklamował wasz drugi album jako „podkarpacki Anti-Flag”. Co myślicie o takim porównaniu?

G - Trochę nas to łechta, ale bez przesady. Nam naprawdę ciężko jest oceniać nasz sposób grania. Nie mamy do tego dystansu. Nie wiem, do czego jesteśmy podobni, a że słuchamy A-F i Bezkocowi tak się skojarzyło to niech mu będzie. Choć ostatnio dostaliśmy maila od kolesia, co siedzi w Anglii i też pisał, że mu się to kojarzy z takim Anti-Flagowym graniem. Kwestia osłuchania, gustu i luźnych skojarzeń.

Pamiętam, jak dawno, dawno temu byłem na koncercie Ortodoxa i w głowie pozostał mi głównie numer „77 punk forever”. Wtedy też Ortodox można było uznać niejako za kontynuację street punkowego Not So Fast. Z kolei Ty doszedłeś do składu z melodyjnego punkowego Nic Śmiesznego. Skąd te zmiany stylistyki i jak doszło do tego, że staliście się podkarpackim Anti-Flag? :)

G - Też pamiętam ten numer „77 punk forever” z pierwszego występu Ortodoxa w Dębicy. Wtedy jeszcze grałem z Nic Śmiesznego i był to taki bardzo chwytliwy, melodyjny numer. Jak wszedłem do składu Ox, o tym numerze już nie było słychać. Ja osobiście zawsze chciałem iść w stronę hc/punka, takiego opierającego się na zasadach D.I.Y. W Nic Śmiesznego nie do końca były umiejętności, żeby iść w stronę tego, co gramy teraz razem tworząc Ox.

Na „Masz prawo?” pojawia się dużo anty-militarnej tematyki. Skąd to się bierze? Polska przecież nie jest objęta działaniami wojennymi, ani też nie wisi nad nami widmo wojny, jak w czasach komunizmu. Co Was inspiruje do pisania takich tekstów?

G - Ja tego tak nie odbieram. Najbardziej anty-militarnym numerem jest chyba „Chcesz to giń”. Natomiast „Never again” mówi o rzeczach, których nie chcielibyśmy przeżywać i nie chcielibyśmy w nich uczestniczyć. O całym tym syfie, który dzieje się cały czas wokół nas –bliżej lub dalej. W „Chcesz to giń” chcieliśmy zwrócić uwagę na to, jak podchodzi się do kwestii śmierci żołnierzy wysyłanych na tak zwane misje pokojowe. Tą całą pseudo zaszczytną służbę. Dla mnie jest to taka sama praca i ryzyko jak gdzie indziej. Jeśli ktoś się decyduje zostać żołnierzem i chce jechać na misje to musi sobie zdawać sprawę, że jest tam niebezpiecznie. Często decydujące są profity pieniężne. Dla martwego chłopaka, który ginie na takich wyjazdach odprawia się pogrzeby z honorami, odprawy, medale itp. rzeczy dla rodziny zabitego. Ja rozumiem tragedię, bo nie żyje człowiek, ale z drugiej strony, co z ofiarami katastrof budowlanych w Polsce czy osobami które co dzień giną na drogach? Dla mnie to nie jest sprawiedliwe. Dlaczego jednych traktujemy z honorami, a innych traktuje się jakby to było normalne, że ktoś zginął na budowie, w kopalni czy w miejscu swojej pracy.

Wasz nowy album rozpoczyna się swoistym manifestem „hard-core punk rock unite”. Na podkarpackiej scenie nie widać takiego problemu, ale rozmawiając z ludźmi czy czytając wpisy internetowych znawców, można dojść do wniosku, że mimo coraz mniejszej „mody” na punkowe klimaty scena zamiast się łączyć, coraz bardziej się dzieli. Zauważyliście coś takiego? Co o tym myślicie?

G – Tak. Scena się dzieli. Dla nas pojęcie hc/punka ma bardzo szerokie ramy. Nie chcemy dzielić tego całego zjawiska jakim jest punk na jakieś odłamy. Zresztą zapraszając kapele na nasze koncerty staramy się tak je dobierać, aby były dość urozmaicone muzycznie. Może być i punk, grind core, kalifornia, hc... Na scenie jest miejsce dla wszystkich i nie wiem dlaczego ludzie się tak dzielą. To niczemu przecież nie służy. Tworzy się tylko niepotrzebne podziały i getta w ramach jednego środowiska. Po co? Nie wiem. Może żeby pokazać pozostałym, że to co oni słuchają jest lepsze od pozostałych? W mieście takim jak Dębica, ale i chyba w innych polskich niedużych miastach, ludzie przychodzą na koncerty, bo nie mają jeszcze tych podziałów tak zakodowanych jak w dużych miastach, gdzie jest dużo koncertów. Może to też z tego wynikać. Z przesytu koncertów. My na frekwencję nie narzekamy, ale sam wiesz, że w Rzeszowie ciężko zrobić koncert, żeby było 150 ludzi choć miasto samo w sobie ma potencjał.

Rozmawiając z waszym gitarzystą Urim, dowiedziałem się, że zastanawialiście się nad zasadnością wydawania płyty w formie fizycznej jako CD. Jak to jest z tymi punkowymi kompaktami? To już ostatnie podrygi płytowego kolekcjonerstwa i srebrny krążek zostanie wyparty przez mp3 lub garstkę sztuk kolekcjonerskiego winyla?

G - Fizyczny nośnik muzyki zawsze nas cieszy, bo sami kupujemy płyty. Minęły czasy, kiedy ściągało się mp3 w setkach i potem nawet nie było kiedy tego przesłuchać. Staram się być w miarę na bieżąco z tym, co się dzieje na naszej rodzimej scenie, choć czasem mam zaległości. Co do wydawania w przyszłości czegoś nowego, zastanawiałem się też nad wrzuceniem na początku całego albumu np. do youtuba. Ciekawa promocja i reklama nowego materiału. Zobaczymy jak to się wszystko potoczy i w którą stronę to wszystko pójdzie. Jeszcze parę lat temu nikt nie chciał tłoczyć poniżej 500 sztuk płyty. W tej chwili można już niższe ilości płyt tłoczyć w przystępnych cenach. Rynek się zmienia, coraz mniej ludzi kupuje płyty i taka jest niestety smutna prawda.

Oprócz grania w kapeli udzielacie się w kolektywie City Punx Show. Co to za inicjatywa?

G - City Punx Show to organizacja i nagłaśnianie koncertów w okolicy. Udziela się tam cała ekipa Ortodoxa, poza perkusistą Tomkiem, który siedzi w Rzeszowie i logistycznie nie daje rady. Raz/dwa razy w roku oprócz koncertów klubowych w Dębicy organizujemy plenerowy City Punx Show Pinik na pobliskim Brzozowym Ranczu, gdzie dochód z koncertu jest przekazywany dla zwierząt tam się znajdujących.

Fot: Materiały zespołu

Recenzja: Lesław i Administratorr "Piosenki o Warszawie" - miasto moje, a w nim...

Co ta Warszawa ma w sobie takiego? Każdy zna przynajmniej dwie piosenki, które opowiadają o tym mieście. Grzesiuk, Jarema Stępowski, T.Love, Czesław Niemen, czy choćby Big Cyc i jego „Słoiki”. Tak dużo, a jednak dla Lesława i Administratorra to dalej za mało, bo nagrali o swoim mieście całą płytę. „Piosenki o Warszawie” pokazują różne oblicza stolicy, oraz różne oblicza alternatywnego grania.
Znany z Partii i Komet Lesław odszedł tutaj od stylu znanego z płyt jego macierzystej formacji. Formuła muzyczna „Piosenek o Warszawie” kręci się wokół piosenkowego rocka z odchyłami w stronę popu i odrobinki punk rockowego grania. Ogólnie jest melodyjnie, przebojowo z pojawiającą się niekiedy nutką nostalgii. Jeżeli komuś podobały się „Piosenki w kaftanieAdministratorra to „Piosenki o Warszawie” muzycznie osadzono w podobnym klimacie. Na „Piosenkach…” usłyszymy także plejadę gości związanych z warszawską sceną muzyczną. Oczywiście jest Muniek Staszczyk z T.Love a do tego Martyna Załoga z Nancy Regan, Karol Strzemieczny ze Stanu Miłości i Zaufania, Bartosz Chmielewski z Muzyki Końca Lata, Michał Deptuła z Inside Again, Łukasz Mach ze Skowytu, Paweł Dunin-Wąsowicz oraz Krzysztof Varga. Dzięki temu album jest bardzo różnorodny, bo tylko w pięciu utworach główne wokale należą wyłącznie do Lesława i Administratorra. Najlepiej wypadł Muniek oraz Bartosz Chmielewski – „Dziewczyna z Zachodu” ze swoim humorem i bezpretensjonalnością z powodzeniem mogłaby się znaleźć na płycie Muzyki Końca Lata.

Co ważne, goście nie są tutaj tylko od śpiewania, gdyż sami napisali teksty, które wykonują. A teksty na „Piosenkach o Warszawie”, jak sama nazwa wskazuje, opowiadają o Warszawie. Raz dowcipnie jak w „Dziewczynie z Zachodu”, raz ponuro jak w „Ogrodach i cmentarzach”, raz z sentymentem jak w „Różance”. Po prostu – ile piosenek tyle różnych oblicz miasta. Mimo tego, nie ma tutaj krytycznych uwag. Widać, że stołeczni artyści dobrze czują się w swoim mateczniku. A jak śpiewał Grzesiuk, można jechać po Warszawiakach, ale nigdy nie po Warszawie.

Piosenki o Warszawie”, mimo swej różnorodności, to dobry, równy album. Była kiedyś podobna płyta, „www.wawa2010.pl”, która bazowała na podobnym pomyśle, ale „Piosenki” wypadają o wiele lepiej. Fajna inicjatywa. Ciekawe czy doczekam się kiedyś „Piosenek o Rzeszowie”?

Lesław i Administratorr „Piosenki o Warszawie”, Jimmy Jazz, Luty 2013

Wywiad: Łagodna Pianka - utożsamiamy się z popem

Pochodząca z Sędziszowa Małopolskiego Łagodna Pianka zadebiutowała w kwietniu tego roku dobrze przyjętym albumem „Najmniejsze przeboje”. Recenzję płyty znajdziecie tutaj, a żeby przybliżyć Wam nieco Piankowe klimaty podpytałem o parę spraw Marcina Dyło – klawiszowca Pianki, znanego także z regałowegej ekipy Dżidajla King.

Fot: Materiały prasowe

Nie będę pytał o genezę nazwy – bo to Wasze intymne sprawy – ale odnośnie nazwy i utworu „Łagodną pianką”. Wyrazilibyście zgodę na wykorzystanie Waszej muzyki w reklamie?

Marcin Dyło – Pochodzenie nazwy zespołu zostało objęte tajemnicą handlową przez sztab PR-owców pracujących nad naszym wizerunkiem. Natomiast, co do wykorzystania tytułowego utworu w reklamie… Jak najbardziej! Wykonaliśmy zresztą sami parę podejść w tym kierunku.

Łagodna Pianka, to dość niezwykła grupa, jak na podkarpackie warunki. Skąd wziął się pomysł na takie granie?

MD – Jak doskonale wiesz, każdy z nas z lepszym lub gorszym skutkiem zdobywał muzyczne szlify w innych projektach muzycznych. Nauczeni doświadczeniem, przy zakładaniu Łagodnej Pianki przyjęliśmy założenie, że chcemy tworzyć muzykę prostą, przyjemną i z polskimi tekstami, aby ludzie się przy tym bawili i mogli śpiewać teksty. Myślę, że jak dotąd całkiem nieźle nam to wychodzi.

Utwory, które pojawiły się na debiucie, znałem wcześniej z Waszej płyty demo. Co wpłynęło na zmianę kierunku muzycznego?

MD – To było tylko demo. Demo nastawione na bardziej gitarowe granie. Teraz dojrzeliśmy muzycznie i bardziej utożsamiamy się z muzyką popową niż rockową. Debiut jest zatem bardziej klawiszowo-elektroniczny.

A może to zasługa Jacka Szabrańskiego, który był producentem „Najmniejszych przebojów”?

MD – Z pewnością tak. Jacek podszedł do sprawy jak prawdziwy producent i poza czysto techniczną pracą w studiu był też naszym mentorem i dał nam sporo wskazówek co do dalszego grania.

Pojawiliście się znikąd, a dość szybko zrobiło się o Was głośno. Zdradźcie tajemnicę – jak to się robi?

MD – Nie ma w tym żadnej tajemnicy: praca, praca i jeszcze raz praca. Do tego dużo serca, czasu i wyrzeczeń. Nie oszukujmy się, potrzeba też odrobiny szczęścia, by chociaż raz trafić na właściwych ludzi we właściwym czasie.

Graliście wspólną trasę ze Strachami Na Lachy, jak wspominacie tamte koncerty? Jak odebrała Was Strachowa publika?

MD – Trasa ze Strachami to była przede wszystkim szkoła życia. Zagranie koncertów dla kilku tysięcy nie swoich fanów to potężny stres i masa obaw jak zostaniemy przyjęci. Odbiór wszędzie był jednak pozytywny, a w paru miastach wywoływano nas nawet na bis. 

Etap „Najmniejszych przebojów” macie już za sobą. Kiedy możemy spodziewać się tych największych i czym w najbliższym czasie zaskoczycie?

MD – Ten etap będziemy dopiero zamykać jesiennymi koncertami. Planujemy zawitać do największych miast w Polsce, a w szczególności do tych, w których wcześniej pojawialiśmy się w ramach większej imprezy bądź jako support, aby przekonać się czy zostaliśmy zapamiętani. Obecnie mamy miesiąc wakacji, ale już z początkiem sierpnia czeka nas Męskie Granie, praca nad teledyskiem i materiałem na drugą płytę.

Część składu Łagodnej Pianki udzielała się w zespole Dżidajla King. Co dalej z Dżidajla? To już zamknięty rozdział czy jeszcze dacie o sobie znać?

MD – Zamknięty? Na pewno nie, ale tymczasowo zawieszony. Łagodna Pianka wymaga naprawdę dużo poświęcenia, ciężko jest to połączyć ze sobą tak, aby któryś zespół na tym nie ucierpiał. Ale wrócimy!

HCP Festiwal odwołany – a miało być tak pięknie


Rzeszów to osobliwe miasto. Zbyt wiele się tutaj nie dzieje, chociaż czasem zdarzają się ciekawe inicjatywy. Jedną z nich był Europejski Stadion Kultury, który odbył się tydzień temu. W najbliższy weekend miała się odbyć kolejna ciekawa impreza – HCP Festiwal – na której miałem zagrać razem z The Sabała Bacała. Miała się odbyć, ale się nie odbędzie.

Jaki jest powód? Prozaiczny. Kiepska organizacja imprezy. Nie chciałbym dołączyć do chóru krytyków, którzy wiedzą lepiej i mają jedyną, słuszną rację. To nie takie proste. Zorganizować cokolwiek nie jest tak łatwo. Miałem okazję grać niedawno na przeglądzie zespołów na XX Rzeszowskich Juwenaliach i nawet przy sztabie zaangażowanych osób, masy sponsorów i wsparcia rzeszowskich uczelni nie da się uniknąć zamieszania. Co dopiero jak za organizację biorą się ludzie bez lat doświadczenia w temacie. Przeszarżowali. Tak to niestety się kończy. Szkoda, bo kibicowałem HCP i miałem nadzieję, że mimo wszystko jakoś uda się to zrobić i z roku na rok będzie coraz lepiej. Nie będzie. A miało być tak pięknie...

Na pocieszenie fotka festiwalowej sceny przed demontażem.


Recenzja: Warsaw Dolls "Liver for the music" - old-school punk ze stolicy

Warszawiacy z Warsaw Dolls to jedna z najciekawszych młodych punk rockowych kapel, jaką ostatnio usłyszałem. WD pokazują, że punk rock nie musi być śmiertelnie poważny, a przy tym nieźle grają, bawią się konwencją i oddają hołd klasycznemu, osadzonemu w rock'n'rollu punk rockowemu brzmieniu.
Liver for the music” to trzecia pozycja w dyskografii stołecznych laleczek. Tak samo jak poprzednio mamy do czynienia z wydanym własnym sumptem krążkiem, ale tym razem nie jest to porcja nowych nagrań, a pierwszy, oficjalny bootleg kapeli, nagrany w Gdańsku w marcu 2013 roku. „Liver” brzmi jak koncertówki na kasetach magnetofonowych, których słuchałem za młodu. Jako ciekawostkę można dodać, że koncert nagrał Patyczak z Brudnych Dzieci Sida. Bynajmniej nie z konsolety. Cyfrowa młodzież może być rozczarowana brzmieniem, ale starzy punk rockowi wyjadacze, którzy pamiętają jak brzmiały kasety z lat 80-tych mogą być zaskoczeni, że całość brzmi aż tak dobrze J
Brzmienie to główny mankament „Liver”, bo do zawartości nie mam zastrzeżeń. Na 11 numerów, które znalazły się na płycie oprócz kawałków z demówek znalazła się tutaj pełnowymiarowa wersja utworu „Giermkowie życia”, który w skróconej 20 sekundowej wersji pojawi się na składance „Za krótko za szybko”, oraz „Kocham Cię, a Ty kochasz się bić”. Muszę przyznać, że mimo gorszej jakości numery z koncertówki brzmią bardziej żywiołowo niż na demie. No i wybijające się partie basu wypadają całkiem fajnie.
Warsaw Dolls mają swój klimat – od tekstów, poprzez muzykę, aż po image i warstwę wizualną płyt. Wszystko jest spójne i się zgadza. Kojarzy mi się to trochę z klimatem TZN Xenny – zarówno pod względem wizerunkowym jak i muzycznym. Siląc się na górnolotne porównania, można powiedzieć, że „Liver for the music” jest odpowiednikiem kasetowego wydania „Ciemnego pokojuXenny z 1995 roku.
Płytę wydano na kopiowanym CD –R z kolorowym nadrukiem zapakowanym w lakierowaną kartonową kopertę. Ładnie to wygląda i jest zdecydowanie łatwiejsze w obsłudze niż opakowanie „Trzech setek po obiedzie”. Płytka, kosztuje zaledwie 5 zeta, więc jak ktoś chce to proszę pisać do chłopaków z Warsaw Dolls.

Warsaw Dolls „Liver for the music” Warsaw Dolls, Czerwiec 2013