Punk rock zmarnował mi życie — „Weltschmerz hardcore” Wojciech Kozielski || recenzja

Jeszcze nie spotkałem się z tym, żeby ktoś o „Weltschmerz hardcore” pisał źle. Ja również nie zasilę grona krytyków, choć otwierający książkę romantyczny wątek odpalił mi w głowie lampkę ostrzegawczą. Nie, że romantyzm jest mi zupełnie obcy, ale obawiałem się, że Wojciech Kozielski przygotował coś na wzór „Xenna moja miłość” Łukasza Gołębiewskiego. Oj nie. Nic z tych rzeczy. Specyficzny wstęp jest tu tylko pretekstem do opowieści o punkowej inicjacji, poszukiwaniu swojej drogi, wierze w marzenia i życiu w imię zasad, których trzymanie się wydaje się w pewnym wieku mocno naiwne. Poza tym jest w tym dziele coś rozczulającego i skłaniającego do refleksji. A to się ceni.

Na poważnie — Nic Śmiesznego „Nihil ridiculum” || recenzja

Tu naprawdę nie ma nic śmiesznego. Niezależnie od czasów, które nie skłaniają do śpiewania o pierdołach podkarpacki skład Nic Śmiesznego liryczny konkret stawia obecnie jako swój wyróżnik. A nie zawsze tak było, bo kapeli, która powstała w 2003 roku, zdarzało się poruszać bardziej przyziemne tematy, ale od tego czasu minęły lata. A lata świetlne dzielą stare i nowe Nic Śmiesznego. Można powiedzieć, że łączy je tylko nazwa, logo i dwa numery ze starego repertuaru. Pozostałe 10 utworów to premiery.

Spotkanie z ciekawym człowiekiem — Piotr Pawłowski „Dzienniki basowe” || recenzja

Gdyby ktoś miesiąc temu powiedział mi, że wciągnie mnie autobiograficzna książką biznesmena i basisty nowofalowego Made in Poland to zobaczyłby moje pełne politowania spojrzenie. A jednak wciągnęła mnie. Przeczytałem ją w dwa dni. Choć Piotr Pawłowski i jego zimnofalowe poczynania nigdy mnie nie emocjonowały to książka, w której gawędziarsko-felietonowo-anegdotycznej formie wspomina swoje nie tylko muzyczne życie jest zaskakująco dobra.


To nie ludzie, to zwierzęta! - Moron’s Morons „Looking for danger” || recenzja

Co tu się wydarzyło… Młodzi ludzie bez punkowej siwizny na skroniach, a zamiast ubogiego hip-hopu i obnoszenia się w markowych dresach wyglądają jak obłąkani artyści z Nowego Jorku grając przy tym rock’n’rolla tak jakby XXI wiek w ogóle nie nastąpił, a świat zakończył się wybuchem kokainowej bomby atomowej w 1979 roku. Broń boże, żadni z nich hipisi. Ekipa czerpie garściami z dorobku Dead Boys i tym podobnych składów. Jest głośno, brudno, hałaśliwie i dramatycznie ekspresyjnie. Pisząc o ich poprzedniej EPce wspomniałem, że to idealny podkład do pląsania jak pojebany i synchronicznego oblewania się whisky po rozchełstanej koszuli. W przypadku pełnowymiarowej płyty mogę do pełni obrazu dodać, że robimy to o czwartej nad ranem, z obłędnym wzorkiem i w samych gaciach, które założyliśmy na lewą stronę tydzień temu. Opcjonalnie możemy wykrzykiwać jeszcze „roock’n’rooool” na balkonie.