Recenzja: CF98 „Story makers” — nowy, lepszy rozdział

Są w Polsce zespoły, którym kibicuję od dawna. W praktycznie każdym odłamie punk rocka jest jeden band, za który szczególnie trzymam kciuki. W wąskiej jak dżinsy gimnazjalistki niszy jaką jest polski melodic-punk od lat moim faworytem jest krakowski CF98. Zespół mierzący się z licznymi zmianami składu i różnej maści problemami dnia codziennego wrócił ostatnio z nowym składem i świeżym albumem „Story makers”. Mam wrażenie, że w tak dobrej formie ekipa pod wodzą Karoliny nie była już dawno.


Relacja: Męskie Granie w Krakowie — klasyka punka i muzyczny eklektyzm

Męskie Granie objeżdża Polskę już po raz ósmy, ale dopiero pierwszy raz udało mi się wybrać na tę imprezę. Po tym, co wczoraj dane mi było usłyszeć i zobaczyć trochę żałuję. Męskie Granie 2017 to koncertowa maszyna dopięta na ostatni guzik. Zarówno pod względem organizacyjno-technicznym jak i pod względem line-upu, który na żywo prezentował się znacznie lepiej niż na papierze. Koncerty wieczoru? Przede wszystkim Pink Freud / Punk Freud, Artur Rojek i wszędobylska Brodka.



Recenzja: Włochaty „Głośniej od bomb” — trzydzieści lat romantycznego buntu

Włochaty był jednym z zespołów, od których rozpoczynałem swoją przygodę z punk rockiem. Mój stosunek do obchodzącego swoje trzydziestolecie bandu przez lata się zmieniał. Był etap fascynacji, był etap irytacji, a po kilku latach przerwy i przesłuchaniu nowego krążka jest pełna akceptacja. Wprawdzie na „Głośniej od bomb” usłyszymy tylko cztery nowe utwory — bo resztę płyty zajmuje przekrojowy materiał z poprzednich albumów — to kierunek jaki obrał współczesny Włochaty, a także konsekwencja i upór zasługują na szacunek.


Recenzja: Zbeer „Live and loud” — powrót śląskich łobuzów

Nigdy nie byłem wielkim fanem twórczości Zbeera, ale pamiętam, że ich debiut „Time to unite” wywołał w swoim czasie spore poruszenie. Mimo tego, że brzmiał dość biednie to w zamierzchłym 2000 roku granie polskiej odmiany street-punka było w trendzie. A przynajmniej tak to wspominam. Zbeera wyróżniało bardziej prostolinijne niż w przypadku The Analogs podejście do grania, dość zabawnie z perspektywy czasu brzmiące solówki i charakterystyczne teksty. Proste, chuligańskie historie o piciu piwa w osiedlowym bistro i ulicznych bójkach. Miało to swój osobliwy urok. Później moje kontakty ze Zbeerem dość mocno się rozluźniły, a ostatniego, wydanego przed dziesięcioma laty studyjnego albumu nawet nie słyszałem. No ale na nim historia Zbeera się nie skończyła.